Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Prawdy i dziwy

Zawsze nieco drażni mnie mówienie dziecku, że jest za małe by zrozumieć pewne rzeczy. Kiedy miałam sześć, siedem lat często ktoś stwierdzał, że film jest dla mnie za trudny, że żart mnie nie śmieszy, bo jestem za mała by rozumieć, że tekst piosenki jest zbyt skomplikowany. Jednak ja rozumiałam. Może nie zawsze i nie wszystko, ale naprawdę dość sporo. Rozumiałam nawet to, że nie warto się wykłócać, bo inni i tak uznają to za typową dziecinną reakcję.

Pamiętacie Izabelę Łęcką? Jeśli nie, znajomość z nią na pewno przed Wami. Panna Łęcka miała w zwyczaju oczami wyobraźni przenosić się w inne miejsce i wzruszać się na skutek imaginowanych przeżyć. Jako nastolatka w samotności bardzo często wyruszałam w takie podróże. Nie byłam aż tak próżna, nie zdarzało mi się też ronić łez w czasie kreowania świata w mojej głowie. Jednak teksty pisane w tamtych chwilach to treści, do których wciąż wracam od czasu do czasu; teksty, których się nikomu nie pokazuje, bo włożyło się w nie za dużo siebie; teksty, które teraz będąc o dziesięć lat starszą wciąż uważam za niezwykle dobre.

Za długo roztrząsam w myślach sytuacje, w których ktoś mnie uraził, zachował się w stosunku do mnie niestosownie, zranił mnie. Niepotrzebnie, bo w zasadzie po co to robić? Zamiast myśleć, można rozmawiać. Nie zawsze mam odwagę.

Liczę schody wchodząc do dwóch najważniejszych dla mnie miejsc na świecie. Osiem razy trzy i osiem razy pięć. Podzielone dwoma krokami, gdy się spieszę albo trzema, kiedy nic nie zaprząta mi głowy.

Brzydzę się pająków, ale nie, nie boję się ich. Tak jak nie boję się ciemności i ciasnych pomieszczeń. Jednak gdybym stanęła do walki z boginem, zobaczyłabym dokładne to samo co Molly. Pewnie bym tego nie udźwignęła.

Na forum łatwiej mi się przyznać do błędu niż nazywać towarzyszące mi uczucia.

Przywiązuję się do bohaterów fikcyjnych. Jednak jeśli w długiej serii okazuje się, że wszyscy są nieśmiertelni pomimo swojej śmiertelnej natury – tracę zainteresowanie. Ona czyni dla mnie historię bardziej realną bez względu na gatunek. Choć bywam wściekła za uśmiercanie lubianych bohaterów – na pewno nie ceniłabym historii tak bardzo, gdyby ten wątek się nie pojawił. Nawet Son Goku umiera kilka razy, a on jest przecież najsilniejszy w całym wszechświecie. ;)


Wyznacie jakąś prawdę o sobie albo przyznacie się do jakiegoś dziwactwa?

Ni to szezlong, ni to dama

P.S. Dziękuję za dyskusję pod poniższym postem. Jesteście wspaniali. :) Dziękuję także tym, którzy pozytywnie komentowali zdjęcie, ale komentarzy jedynie z takim stwierdzeniem nie publikowałam, gdyż to nie fotografia była głównym tematem posta. Niemniej za nie dziękuję, ale proszę następnym razem dopisać chociaż jedno krótkie zdanie, abym miała pewność, że to nie jest spam.

poniedziałek, 23 września 2013

O tym, że MOŻNA


Post będzie długi, ponieważ zebrałam w nim swoje doświadczenia z całej mojej edukacji na szczeblu podstawowym i średnim. Wpis raczej kieruję do osób, które jeszcze nie są na studiach. Studenci już wiedzą, że oceny nie odwzorowują naszej inteligencji oraz nie sprawiają, że dostanie się wymarzoną pracę. Jednak, aby dotrzeć na studia (a pamiętajcie, że idziemy tam teraz zazwyczaj dlatego, że chcemy mieć satysfakcję z posiadanej wiedzy, a nie po to, aby dostać pracę marzeń – chyba, że mówimy o medycynie), trzeba mieć wiedzę, której zasób u ucznia określa się w skali ocen i oceny te mają podobno odzwierciedlać mniej więcej wyniki naszych przyszłych testów: kompetencji, dojrzałości... Tak faktycznie zazwyczaj jest. Chyba, że system oceniania i znajomość podstawy programowej przez nauczycieli w danej szkole kuleje. Ale ja nie o tym. Do rzeczy:

Są osoby, którym na ocenach nie zależy, których w szkole zawsze satysfakcjonowała ocena taka jak dopuszczający czy dostateczny. I w porządku. Ale wiecie? Są osoby, którym naprawdę zależy na tym, aby mieć lepsze oceny, aby mieć większą wiedzę, jednak za żadne skarby świata nie są w stanie dowiedzieć się dlaczego im się to nie udaje. Osobiście uważam, że bycie „kujonem” nie jest ani trochę złe. Choć naturalne jest to, że ten rodzaj nazewnictwa wziął się tylko i wyłącznie z zazdrości, bo tak jak Ciebie nie obchodzi to, czy ktoś ma jedynkę na koniec z matematyki, tak kogoś innego nie powinno obchodzić to, że Ty masz piątkę. Zresztą, osoby zwane kujonami często są po prostu zdolniejsze i jeśli porównalibyśmy czas, który poświęcają one na naukę, i tak jest on krótszy niż czas osób posiadających oceny słabsze. Po prostu często „kujoni” posiadają chłonniejsze umysły i są kujonami nie z własnej winy. ;)

Dysfunkcje utrudniają naukę
Być może masz dysleksję, ale nikt tego u Ciebie wcześniej nie stwierdził? Jeśli posiadasz dysleksję, dysortografię, dysgrafię lub dyskalkulię, będzie Ci znacznie trudniej zdobywać dobre oceny. Jednak jeśli jesteś ambitny, to nie będzie to nawet dla Ciebie samego dobra wymówka. Jedna z moich przyjaciółek naprawdę dużo się uczyła, ale przychodziło jej to z trudem. Ciężko jej było walczyć z nauką angielskiego, niemieckiego, czytaniem lektur na język polski oraz pisaniem wypracowań jako osobie z dysleksją i dysortografią, ale nigdy nie uskarżała się na to. I choć trudno było jej przeskoczyć swoją dysfunkcję, kiedy poświęciła dużo czasu na naukę – były piątki. Dysfunkcje można wytrenować z wyjątkiem jednej. Dyskalkulia, która objawia się nieprawidłowym odczytywaniem cyfr, liczb i symboli matematycznych jest bardzo trudna w wypracowaniu.

Wiek i wahania hormonalne
U nastolatków nauka przychodzi trudniej. Stwierdza się, że apogeum to wiek gimnazjalny. To oczywiste, że wolisz wyjść niż ślęczeć nad książkami. I to naturalne, że Twoje myśli uciekają gdzieś do imprezy u Kaśki, na której będzie Kamil. Da się to jakoś ogarnąć. Można uczyć się dwa razy po 25 minut przez godzinę z 10-minutową przerwą. Mowa jednak o nauce tematu, a nie odrabianiu lekcji, bo ten czas należy liczyć osobno. Potem możesz wyjść na spacer z kimś i wrócić znów na godzinę do takiej nauki, jeśli będziesz mieć na tyle silnej woli. Nawet godzina dziennie bez sprawdzianu nazajutrz to lepsze niż nic, a nie czuje się, jakby cały dzień spędziło się na nauce… Poza tym pamiętaj, że nie masz obowiązku być najlepszy. Może Twoje ambicje to wcale nie jest średnia 5,0? Może wystarczy 2,5, 3,0 albo 4,0? Ponoć osoby ze średnią 3,5 w stosunku do tych z wyższą średnią najlepiej radzą sobie w życiu dorosłym i są najbardziej przedsiębiorcze. :) 

Okoliczności i potencjał
Nie ma znaczenia, do której szkoły idziesz. Jesteś zmuszony do tego, aby pójść do szkoły, która nie cieszy się dobrą sławą, ponieważ mieszkasz np. w małym mieście? Przykładem na to, że można się rozwinąć w kwestii przyswajania wiedzy bez wpływu snobistycznej kadry nauczycielskiej mogę być ja i mój brat. Byliśmy przeciętnymi dzieciakami. Fakt, nasza klasa ogólnie była dość zdolna, ale my byliśmy tymi „normalnymi” uczniami. W klasie czwartej, piątej, szóstej były czerwone paski, ale nie oszukujmy się, nie jest to wyczyn w podstawówce. Przynajmniej pamiętam, że pierwszy raz w ogóle usiadłam i zaczęłam się uczyć w piątej klasie na historię. Potem doszła jeszcze matematyka. Nic poza tym. Tak czy owak podstawówkowe oceny utrzymywały się w pierwszej klasie gimnazjum, ale kiedy na koniec roku szkolnego miałam wraz z przyjaciółką D. średnią ocen 4,73, zniechęciło mnie to. Moje koleżanki z klasy nie miały skrupułów i prosiły o podwyższanie ocen mając o wiele niższą średnią (nawet 4,5), dostawały możliwość pisania referatów, robienia projektów czy poprawiania sprawdzianów, ale ja tak nie umiałam. Jednak naprawdę zależało mi na wyróżnieniu, tym bardziej, że brakowało mi 0,02 do czerwonego paska; było to przecież pierwsze zakończenie roku w GIMNAZJUM. Po prostu bardzo chciałam. W końcu jednak postanowiłam podejść do nauczycielki przedmiotu, z którego naprawdę niewiele brakowało mi do podniesienia oceny. Była to moja wychowawczyni, nauczycielka historii. Zapytałam ją czy jest możliwość, abym mogła wykonać jakąś pracę, by z czwórki móc mieć na koniec ocenę bardzo dobrą, na co nauczycielka się nie zgodziła. D. też nie dostała takiej możliwości. Pierwszy i ostatni raz pozwoliłam sobie na takie upokorzenie i nigdy więcej nie prosiłam o nic takiego. Zgłębiając dzisiaj tajniki pedagogiki na studiach, wiem, że nauczycielka źle postąpiła, ale miała do tego prawo. To kwestia podejścia do zawodu. Dla mnie to był jednak moment zwrotny. Zniechęciłam się, bo dla mnie nie miało wtedy różnicy czy będę miała średnią 4,73 kolejny raz czy 4.0. W drugiej klasie w pierwszym semestrze miałam średnią 3,9, na koniec podciągnęłam na 4,2, bo coś mnie tknęło, że nie chcę mieć tej trójki z przodu, ale przyznam, że nie uczyłam się wiele. Dużo ściągałam od Adama. W trzeciej klasie było odrobinkę lepiej, ale moje oceny dokładnie odwzorowały przeciętne umiejętności na testach gimnazjalnych. W szkole średniej – technikum informatycznym – jednak ambicje znów się pojawiły. Nie w pierwszej klasie. Dopiero w drugiej. Od początku zaczęłam się co prawda udzielać w gazetce i tworzyć co tydzień jedną stronę na temat szkoły do lokalnej gazety gminnej wraz z przyjaciółką Na. i Adamem. Jednak dopiero w drugiej klasie oprócz gazetki dołączyłam do wolontariatu i zaczęłam znacznie więcej się uczyć. Naturalnie nie zabrakło głosów starych znajomych, że pewnie idzie mi tak dobrze, bo szkoła ma niski poziom. Tyle, że moim znajomym z gimnazjum, którzy poszli ze mną do tego technikum średnie się nie podnosiły i dalej groziło im powtarzanie klasy. No, ale cóż, to naturalne, że innych nie obchodzą nasze sukcesy. ;) Skoro mniej ich bolało myśleć w ten sposób, proszę bardzo. Niezbyt miło było to słyszeć, że mają mnie za kogoś, kto ma wyróżnienie, bo poszedł do nijakiej szkoły. Owszem, miała ona nie za ciekawą opinię, ale sama dowiedziałam się dlaczego. Tam niewielu dostawało takie oceny jak 4 i 5. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić – to nie była wina nauczycieli. Po prostu taki rodzaj uczniów. Na maturze zawsze była tam słaba zdawalność. U mnie od drugiej klasy zaczęły się czerwone paski, Stypendium Donalda Tuska, dobrze zdana matura (lepiej od wielu licealistów, którzy pisali ją po nauce w „lepszej” szkole) i zaliczony egzamin zawodowy lepiej od wielu kolegów – wynoszących się tym jacy to z nich są wspaniali informatycy. Powiem Wam, że nigdy w życiu nie miałam żadnych korepetycji. W czwartej klasie ja i mój brat byliśmy jedynymi osobami, które miały czerwony pasek na świadectwie. Dlatego wiele zależy od tego co Was motywuje do pracy. Możecie iść do najgorszej szkoły, ale jeśli chcecie się uczyć, tak jak np. Adam możecie pójść na świetne studia i być nazywanym przez profesorów elitą uczelnianą. Lub możecie nie trafić na te wymarzone tak jak ja, ale pochwalić się tym, że o publikację Waszego licencjatowego dorobku naukowego walczy doktor. Co mnie motywuje do nauki? Ja po prostu mam satysfakcję z tych wyników.

Ambicje
Są osoby, które uczą się zawsze i mają dobre oceny. Są też takie, które nie uczą się wcale, a są najlepsze. Jednak jeśli Ty nie należysz do tych, które wprowadzają lament w stylu „O matko, nic się nie uczyłam, nic nie wiem! Wow i tak dostałam piątkę” (swoją drogą jeśli tak robisz, to wszyscy, którym zależy na ocenach chcą Cię wtedy zabić), to wiedz, że możesz wszystko wypracować. Kluczem do sukcesu jest Twoja praca. Jeśli jesteś jak moja przyjaciółka, która ucząc się godzinami i tak nie zawsze miała piątkę, musisz uczyć się dwa razy tyle na trzy-cztery dni, a nie dzień przed sprawdzianem (dzięki temu fakty lepiej się poukładają). Najlepiej umieć wszystko na dwa dni przed testem, a dzień przed tylko utrwalać i powtarzać. Tak wypracowałam matematykę i z trójki wyciągnęłam się na piątkę. Pod koniec drugiej klasy mój wynik z próbnej matury z matematyki wynosił… 26%. Ostatecznie zdałam ją na 72%. W jakieś 1,5 roku (przypominam, że technika są 4-letnie) podciągnęłam się o niebo w… ponoć nijakiej szkole. Zatem chcieć, to móc. Nie mam np. głowy Adama do przedmiotów ścisłych. On uczył się szybko. To co on opanowywał w godzinę, ja ogarniałam w trzy. Kiedy patrzę na jego dzisiejsze materiały, to czego on uczy się w jeden wieczór, ja bym musiała uczyć się chyba… w miesiąc. Zatem każdy ma inne możliwości i do tych możliwości powinien dostosować czas nauki. Mnie np. z języka polskiego wystarczyło przeczytać lekturę i słuchać na lekcji. Ale biologii już musiałam się uczyć. Adam zapamiętywał matematykę na zajęciach, ale do polskiego musiał przysiąść. Mnie nauka dwustu słówek z angielskiego zajmowała pół godziny, Adamowi kilka godzin. Zatem PLANUJ swoją naukę jeśli CHCESZ mieć dobre oceny. Sam znasz najlepiej swoje możliwości. Ja właśnie tak robiłam. Wbrew pozorom osoba, która się uczy nie musi nie mieć czasu dla przyjaciół. Możesz uczyć się codziennie – poza odrabianiem lekcji. Zawsze co najmniej na trzy dni przed ucz się na sprawdzian – notuj dokładnie kiedy masz wziąć się za jaką naukę, zapisuj ilość materiału. Uczciwa godzina dziennie (bez zaglądania na bloga, fb, z wyciszonym telefonem) to nie jest dużo. Niecodziennie masz sprawdziany, ale codziennie możesz się uczyć. To wiele w Twoim życiu szkolnym zmieni. Naturalnie są osoby, które będą musiały robić to dłużej. Będzie też wielu, dla których jest to niemożliwe do osiągnięcia. Pamiętaj, że ucząc się codziennie, ćwiczysz pamięć i z czasem będziesz uczyć się szybciej. Mnie już dzisiaj nie przeraża nauczenie się materiału z dziesięciu stron A4 w dwie godziny. I Ciebie też kiedyś nie będzie. A jeśli już nie przeraża – gratuluję i zazdroszczę.

Braki
„Za cholerę nie zrozumiem tej chemii!” – brzmi znajomo? Jednak dzieje się tak, bo nie ma się podstaw. Aby np. graficznie przedstawić dysocjacje musisz umieć wartościowości pierwiastków. Wielu ludzi uważa, że nie rozumie, a tak naprawdę po prostu nie chciało im się nauczyć podstaw, bez których nie ruszy się dalej. Aby zrozumieć, trzeba mieć do tego bazę. To normalne, że nie obliczysz nawet pola prostokąta, jeśli nie wiesz jaki jest na niego wzór i co on oznacza. Nie mów więc, że to nauczyciel jest głupi skoro nie wykonałeś jego poleceń. ;)

Kiedy umiesz?
Wielu mówi „A przecież tyle czasu się uczyłem!”, kiedy nie jest zadowolony z oceny. Szczerze? Kiedy ja się uczyłam, zawsze wiedziałam, czy nauczyłam się na piątkę. Podstawówka, gimnazjum i liceum to nie są studia. Nauczyciel musi powiedzieć co będzie na sprawdzianie - dokładnie. Musisz zatem nauczyć się wszystkiego co było na lekcji, co masz w notatkach i co jest na ten temat w podręczniku. Niektórzy nie umieją uczyć się z maszynopisu – warto robić więc z tekstu podręcznikowego skrócone ręczne notatki – ja ten sposób odkryłam będąc w piątej klasie, kiedy usiadłam do nauki historii i nie wiedziałam jak się za tę ilość tekstu książkowego zabrać… Musisz umieć powtórzyć materiał NA GŁOS, jeśli masz odpowiadać. Dla niektórych nie ma to znaczenia, ale wiele osób kilka razy przeczyta notatki z lekcji i uważa, że się uczyło. Nie dla każdego czytanie jest uczeniem. Nie każdy ma też fotograficzną pamięć. Kiedy uczysz się na sprawdzian, musisz umieć w myśli powtórzyć wszystkie fakty. Kiedy uczysz się do odpowiedzi ustnej, musisz umieć to powtórzyć na głos. Ja np. na egzamin pisemny uczę się kilka razy krócej niż wtedy kiedy muszę odpowiadać, bo trudniej mi zebrać myśli, kiedy muszę dodatkowo mówić. I podstawa: nigdy nie ucz się na pamięć. Staraj się kojarzyć, myśleć logicznie, a wiedza zostanie na dłużej.

Nie jest wymówką to, że kończy się lekcje o 17:00; że ma się zajęcia pozalekcyjne lub korepetycje. Twoja pierwsza wymówka świadczy o tym, że nie chcesz. :) I masz prawo – nikt nie każe Ci chcieć. Chyba, że rodzice mają w zwyczaju karać za złe oceny. Mnie jednak mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie. Nigdy nie wymagała ode mnie bycia najlepszą, nie porównywała do innych mówiąc „dlaczego masz tylko trójkę, kiedy Magda dostała piątkę?”. Dla niej najważniejsze było to, abym zdała z klasy do klasy. I wiecie? Fakt, nie miałam większych problemów z nauką, ale dzięki temu, że mama pozwalała mi np. nie pójść do szkoły kiedy nie chciało mi się nauczyć na sprawdzian, miałam więcej motywacji do tego, aby potem nauczyć się jeszcze lepiej. Jednak zasada była taka, że jeśli nie idę dzisiaj, to w następnym terminie muszę napisać sprawdzian na pozytywną ocenę.

Dzielę się tym z Wami, ponieważ uważam, że posiadanie wiedzy jest fajne. Chciałam w ten sposób zmotywować te osoby, które gdzieś tam w głębi duszy myślą sobie, że chciałyby, bo stać je na więcej. Swego czasu byłam przeciętniakiem. Dziś może nie osiągnęłam jeszcze tego co bym chciała, ale jakieś małe osobiste sukcesy są, którymi nie każdy może się pochwalić.

Powiecie mi czy macie jakieś swoje patenty na to jak efektywnie się uczyć?
________________________________

Miej swoje sposoby na mniejsze lub większe sukcesy

Jeśli chcesz,
polub na Facebook'u

sobota, 7 września 2013

Ostatnie tchnienia prawdziwego lata

Zakończył się mój ulubiony okres w roku. Czerwiec, lipiec i sierpień to moim zdaniem najpiękniejsze miesiące. Czas ten rozpoczyna się bardzo długimi dniami, soczystymi truskawkami i zapachem zbliżających się pełnych wrażeń wakacji dzięki tym Najlepszym. Dla mnie lato to czas, w którym można wypowiedzieć wiele życzeń dzięki mnóstwu spadających gwiazd. To widok morza, zapach polnych kwiatów na łąkach i możliwość otaczania się intensywnymi barwami od żółci przez błękit po zieleń. Zakończenie tego czasu kojarzy mi się ze żniwami. Może dlatego, że kiedy byłam dzieckiem zawsze wakacje spędzałam na wsi. W poprzednim tygodniu do czasów dzieciństwa zabrała mnie O., która wymyśliła wypad za miasto w okolice ścierniska. Udałyśmy się tam wraz z Y. i kimś jeszcze…



Podczas sesji zwierzątko nie ucierpiało. Ucierpiała jednak O., bo włożyła jakże odpowiednie na takie miejsce… sandałki. :D

Nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go!






Ale nic to! Lato wciąż trwa, wakacje w moim przypadku również, choć dni są krótsze, a wieczory chłodniejsze. Wierzę, że jeszcze niejedno się wydarzy. :)

________________________________

Doceniaj najpiękniejszy czas. I wykorzystuj go.

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

O.


Wczoraj urodziny miała moja przyjaciółka O. To wydarzenie zainspirowało mnie do tego, by napisać post właśnie o niej. Jest ona osobą nietuzinkową i przede wszystkim to jej mogę zawdzięczać naprawdę mnóstwo wspaniałych wspomnień. Zaczęłyśmy przyjaźnić się w czwartej klasie szkoły podstawowej, a wszystko zaczęło się od nietrafionych kolorystycznie prezentów od szkolnego Świętego Mikołaja. Trzeba było się wymienić. :)

Naprawdę wspaniale wspominam początki tej przyjaźni. Wiecie, że razem pisałyśmy Pamiętnik w piątej klasie? Miałyśmy gruby zeszyt o formacie A4 i każda z nas robiła wpis co drugi dzień wymieniając się zeszytem w szkole. Zapisałyśmy takie dwa, aby każda z nas miała jeden na pamiątkę pisząc od 3 września 2002 roku do 3 kwietnia 2003. Kiedy nie widywałyśmy się codziennie, ponieważ były ferie czy przerwa świąteczna, każda z nas opisywała po prostu ten okres ogólnikowo. 


Na jeden dzień można było przeznaczyć tylko jedną kartę, zawsze miała być ozdobiona. Jak tak patrzę na te wpisy dzisiaj, zastanawiam się jakim cudem rok później zostałam szkolnym mistrzem ortografii… Wpisy O. zawsze były ładniejsze – miała lepsze zdolności, ładniejsze pismo i jak teraz widzę posługiwała się gramatyką znacznie lepiej ode mnie. Pamiętnik jest opatrzony karteczkami, na których wymieniałyśmy komentarze na lekcjach. Nie brakuje tam tak błyskotliwych wpisów jak:

- Cześć O.
- Cześć Ewa.
- Co u Ciebie?
- OK.
- A u Ciebie?
- Też dobrze.
- O, mamy gościa. Adam jakie jest Twoje ulubione danie?
- Frytki. Tu pada nazwisko nauczycielki – KILL YOU!

O.: Co masz mi na jutro przynieść?
Ja: Jeju, debila, coś o debilu i kasetę Eminema.
Bez komentarza. ;)

Na rzecz Pamiętnika stworzone zostały dwie rodzinki komiksowe, jedna moja, druga O., które na jego kartach borykały się z problemami. Swoją drogą problemami, które (wtedy według nas) wydawały się niezwykle ważne. Rodzinki przeżywały ważne rodzinne uroczystości i powiększały się o nowych członków. Nie brakuje zagadek i zadań do wykonania od jednej dla drugiej, bo naturalnie tworzenie swojego wpisu nie mogło obyć się bez ówczesnego przeczytania wpisu przyjaciółki z poprzedniego dnia. Więcej zdradzić nie mogę, ponieważ to tajemnica. ;)

Na czas gimnazjum nasza więź trochę zelżała, ale po to by po kilku latach wzmocnić się tak jak nigdy dotąd. W tym samym czasie schudłyśmy naprawdę wiele: ja 10 kg, O. na pewno o parę kilogramów więcej i zaczęłyśmy się na nowo rozumieć chyba przez to. Wspólnie jeździłyśmy przez całe wakacje na rowerach odwiedzając okoliczne wsie. Naszym rekordem było wspólne przejechanie 40 km za jednym zamachem. Mamy zdjęcia wszystkich tabliczek z nazwami odwiedzonych miejscowości, a było ich na pewno ze trzydzieści. Poznawało się tam ludzi, unikało wyzwisk wiejskich „koleżanek” (dlaczego pojawiająca się dziewczyna na jakiejś wsi traktowana jest z reguły przez tę samą płeć jak intruz?). Nieraz się zgubiłyśmy jadąc przez jakieś pola, ganiały nas psy, ale się nie zniechęciłyśmy. Mamy za to cudowne zdjęcia z tamtego okresu.

W tle "krwiożerczy" barszcz sosnowskiego



Co do fotografii, od tamtego czasu robienie zupełnie nieprofesjonalnych fotek stało się naszą tradycją. Nazwy sesji opatrzone są tekstami, jakie rzucane bywają podczas pozowania: „Stań na niebie”, „Ty będziesz motylem, a ja będę bokiem” czy „Fale grabić” to tylko niektóre. O. była pomysłodawczynią imprezy na strychu, nazwanej Strychówką, która okazała się być legendarną w naszym życiu.  Ostatnio wzięłyśmy się za odstraszanie zimy. Tak chciałyśmy zachęcić do przyjścia wiosnę poprzez utopienie naszej minimarzanny, że zima przedłużyła się co najmniej o miesiąc... Nie brakuje również u nas takich sytuacji:

O godzinie 13:00 dzwoni telefon:
O.: Ewa, co robisz?
Ja: Śpię (O. już to nie dziwi).
O: Aha, jedziemy gdzieś?
Ja: A dokąd?
O: Nie wiem, wsiądziemy w busa, zobaczymy jaki podjedzie. To co? O 15:00?
Ja: Aha, no, weź aparat, paaa.
O: No to dobranoc. Tylko nie zaśpij.

Kurczę, nie wiem co bym zrobiła bez mojej O. Moje życie byłoby zupełnie szare bez takiej osobowości. Wczoraj co prawda nie miałam czasu widzieć się z nią, ale nie miałam serca odmówić i odłożyłam czytanie (jakże porywającej ^^’) lektury na temat technicznego aspektu Internetu i wyszłam wraz z Na. na urodzinową kawę oraz spacer O. Efektem stała się sesja zatytułowana „Wingardium Leviosa”… Oto jeden z efektów i dowód na to, że O. jest niezwykła. Nikt inny nie potrafi wprowadzić mnie w stan lewitacji:


 ________________________________



Doceń najlepszego przyjaciela!

poniedziałek, 25 marca 2013

Moje wspomnienia


Za oknem ciemno, zimno i smutno, dlatego chyba naszła mnie chwila ciepłej refleksji. Zasadniczo zima mi nie przeszkadza, ale jako że moje ulubione zimowe botki już strajkują i rozklejają się przez przedawkowanie soli, chyba z chęcią powitałabym już wiosnę… Zwłaszcza, że w Japonii na dobre jest już hanami, a kraj posiada zbliżony do naszego klimat. Chciałabym, aby drzewka pokryły się kwiatami także w Polsce. Przedłużona zima obudziła we mnie ciepłe wspomnienia z dzieciństwa, którymi chciałabym się z Wami podzielić.

Nie wiem jak było lub jest u Was, ale zawsze kiedy wracałam po wakacjach do szkoły w podstawówce nasłuchiwałam się jak wielu moich kolegów wyjeżdżało nad morze, przemierzało górskie szlaki turystyczne, bywało na mazurach. Jeśli o mnie chodzi, mimo że pochodzę z Pomorza Zachodniego, morze pierwszy raz zobaczyłam jako nastolatka. W górach byłam tylko w sanatorium jako 4- i 5-latka po dwa miesiące, ale nie tak wyobrażałam sobie tę podróż. Wiele z niej pamiętam, ale na pewno nie góry. To tak jakby ktoś przyjechał do Szczecina zobaczyć morze. ;) Mazury również nie były dla mnie osiągalne. Jednak nigdy nie uważałam, że moi koledzy mieli lepsze wakacje od moich.

Co rok od moich pierwszych wakacji (czyli po zakończeniu roku szkolnego w klasie „0”) jeździłam na wakacje do babci. Tak się utarło, że jechałam „do babci”, ale razem z nią mieszkała ciocia E. i dwóch moich kuzynów: B. – w moim wieku i M. – trzy lata starszy. W dwupokojowym mieszkaniu. W owym mieszkanku zatem w wakacje mieściło się sześć osób, ponieważ przyjeżdżałam razem z bratem bliźniakiem - Adamem. Co takiego można robić na wsi? Moim zdaniem wszystko to, czego nie można robić na wykupionych wczasach, ale co chcą robić dzieci.

Ciocia E. zawsze lubiła wędkowanie, nauczyła tego swoich synów, zatem kiedy razem z bratem zaczęliśmy przyjeżdżać do nich, nas również nauczyła. Co z tego, że nasze pierwsze wędki nie miały kołowrotków i posiadały ręcznie robione przez ciocię spławiki z łabędzich piór? Zabawa była przednia.

Czy ktoś z Was uczył się chodzić na własnoręcznie wykonanych szczudłach? Szczerze powiedziawszy dla mnie samo tworzenie owych szczudeł było lepszą zabawą niż nauka chodzenia.

Mieliśmy szałas. Wykonałam go z Adamem i B. Naprawdę był to szałas z prawdziwego zdarzenia: w lesie, z wyznaczonym miejscem na ognisko wewnątrz, z półeczką na zapałki, sól, papier do rozpalania ognia. Kiedy padał deszcz, nawet kropelka nie przedostawała się do naszego schronienia, a pieczone ziemniaki ówcześnie skradzione z pola mojej drugiej ciotki smakowały jakby o niebo lepiej. Pamiętam jak wspomniana ciotka przyszła do szałasu (swoją drogą wszystkie wieści o naszych wyczynach rozchodziły się po wsi z prędkością światła, a inne dzieci często nas naśladowały lub dołączały się do zabawy) i zapytała skąd mamy warzywa. Wytropiła ślady korkotrampków, a takie na wsi miał tylko mój brat. :D Kłamaliśmy w zaparte. :D

Pływaliście na tratwach? My pewnego dnia wpadliśmy na taki pomysł. Oczywiście tratwy trzeba było najpierw wykonać. Nacięliśmy mnóstwo drewna w lesie – tak, tak. Jedenastoletnie dzieci buszowały po lesie z siekierą. Owszem, wiedzieliśmy, że nie wolno... Wykonaliśmy trzy tratwy, dla każdego po jednej. Materiały? Gałęzie, butelki plastikowe i worki. Babcia długo nie mogła przeboleć, że zamiast pójść do kościoła na odpust, my tłukliśmy się młotkami i siekierami w szopce. "Ludzie przecież ze mszy wracają, co za wstyd!" - krzyczała babcia. ^^' Taaak, przekrzyczała nasz hałas. Wszystkie tratwy zostały ochrzczone i zwodowane. Tiaaa, ciągnęliśmy je przez całą wieś, las i pola na stawek. Każdą po kolei. Łagodnie mówiąc: do najlżejszych nie należały. Ale jakaż to była satysfakcja kiedy się okazało, że wszystkie są wyporne, żadna nie tonie i każda jest bezpieczna. Ciocia wykonała nam specjalne foliowe wdzianka, abyśmy się nie pochlapali za bardzo wodą z wioseł, bo wiadomo jaka pogoda może mieć miejsce latem. Upałów wtedy nie było. Owe tratwy (albo może to jednak nasze teletubisiowe stroje) robiły furorę wśród miejscowych wędkarzy, którzy łowili z kładek, kiedy my przemierzaliśmy środek stawu. Duma nas rozpierała. ;) Do czasu aż ktoś nam naszych tratw pozazdrościł i najzwyczajniej w świecie ukradł.

O domek na drzewie również zahaczyliśmy, ale to nie było tak spektakularne. ;)

Przede wszystkim niesamowite wspomnienia zawdzięczam cioci. E. Zawsze miała dla nas czas. Kiedy było naprawdę ciepło, rano szybko gotowała obiad, my sprzątaliśmy i przed południem już byliśmy nad jeziorem oddalonym o jakieś dziesięć kilometrów, oczywiście jechaliśmy rowerami przez pola ścieżkami, które przypadkowo wyjeździł traktor pośród kłosów pszenicy. Spacery po łąkach, lasach, gdzieś na bagnach, nocowanie w namiocie przez całe lato, ogniska do późnych pór nocnych – wspominam to naprawdę dobrze. Wiecie, że zieloną żabę da się oswoić i sprawić, że będzie nam jadła z rąk? Czy wiecie, że piękną figurę jelenia można zrobić z kilku rur, sprężyn ze starej kanapy, butelek plastikowych, gliny i mchu? Widziałam, brałam w tym udział choć nie odgrywałam głównej roli. Nauczyłam się improwizować. Owy jelonek stoi w babcinym ogródku do dnia dzisiejszego.

Z obecnego punktu widzenia twierdzę, że dzięki cioci E., która nie starała się nam odradzać naszych pomysłów; która wciąż pamiętała jak to jest być dzieckiem i nigdy nie wyrzekła się tego dziecka, które cały czas tkwiło gdzieś wewnątrz niej, naprawdę mam niesamowite wspomnienia, których nie oddałabym nawet za jakąś tam Majorkę. I z mojej obecnej wiedzy wynika, że była dla mnie niesamowitym „wychowawcą”. Oczywiście, że ciocia brała udział w każdej naszej głupawej zabawie. Nie kradła z nami ziemniaków czy nie rąbała drewna w lesie, ale tratwy najpierw dokładnie obadała, do szałasu przychodziła z ziemniakami, abyśmy już nie kradli kiedy jej powiedzieliśmy o incydencie z drugą ciotką – swoją drogą, która żałowała własnym siostrzeńcom paru kartofelków. Naprawdę to były fajne czasy, kiedy nie robiło się z dzieci niemądrych ciamajd. Dziś mam wrażenie, że niektórzy najchętniej nawet prawie nastolatki uwiązaliby na sznurku, żeby się za bardzo nie zbliżyły do jeziora albo nie wykąpały w zbyt zimnej rzece. Ja zaś kąpiele w lodowatej rzece uwielbiałam swego czasu. Nad rzekę oczywiście z… ciocią E. I nie tam sami, bo przecież jakby to powiedział dzisiejszy rodzic „nie da się dopilnować zbyt dużej grupy dzieci”. Ciocia E. pilnowała czasem nawet dziesięcioro, bo nas samych miała czworo, a jeszcze zabieraliśmy naszych kolegów.

A Wy jakie macie wspomnienia z wakacji w dzieciństwie? Napiszcie o tym w komentarzach, może w końcu wystraszymy zimę. ;)


2001 - z B.
 ________________________________

 Pielęgnuj wspomnienia!

piątek, 15 marca 2013

Moje dziewczyny

Zawsze "cierpiałam" na brak koleżanek – nawet jako dziecko (w cudzysłowie, bo nie było mi jakoś szczególnie przykro). Zasadniczo miałam więcej kolegów z racji tego, że częściej spędzałam czas z bratem. Zdecydowanie bawiłam się z nim i z jego kolegami lepiej. Dziewczyny nie chciały grać w palanta, wspinać się na drzewa albo… kraść czereśni z działki pewnej pani, która biegała za szabrownikami i groziła im grabiami. Jednak z czasem, kiedy stawałam się nastolatką koleżanki były nieco bardziej potrzebne, łatwiej się z nimi podobno dogadać. Podobno. Jeśli o mnie chodzi, wciąż nie za bardzo udawało mi się tolerować otaczające mnie dziewczęta, które raczej zajmowały się obgadywaniem jedna drugiej niż zawieraniem prawdziwych przyjaźni. Jednak nie byłam tak do końca sama. Nie miewałam koleżanek – raczej znajome. Naprawdę mogłam nazwać większość dziewczyn znajomymi, a nie koleżankami z klasy. Miewałam jednak przyjaciółki. Na. jest przyjaciółką jeszcze z piaskownicy, O. przyjaciółką ze szkoły podstawowej, a Ni. bardzo dobrą koleżanką z gimnazjum. Udało nam się pod koniec zeszłego roku zgrać razem we cztery i wiecie co? Faktycznie – stado kolegów z technikum informatycznego, do którego chodziłam (w klasie ja i Na. byłyśmy jedynymi dziewczynami) nie jest w stanie oddać klimatu jakie mają nasze spotkania we cztery. Polecam nie bać się zrobić pierwszego korku i napisać do osób, które kiedyś były dla nas bardzo ważne, ale nagle kontakt się urwał. My we cztery chodziłyśmy razem do gimnazjum, dobrze się dogadywałyśmy, ale potem każda poszła w swoją stronę albo spotykałyśmy się raczej stałymi parami O.+Ni., O.+ja, Na.+ja. Nigdy inaczej. Dziś umawianie się na wspólną gorącą czekoladę albo po prostu na wieczór dzięki facebookowi nie jest niezwykle trudny, choć każda z nas pracuje gdzie indziej, a dwie z nas studiują w innych miastach. Jednak prawdą jest, że muszą chcieć wszystkie. Szczerze powiedziawszy, zawsze chciałam mieć taką zaufaną ekipę. Żebym jednak nie zapeszyła. Tfu!

O., Na., Ni., !-nochi
Time skip, my jako piętnastolatki i... o ponad 7 lat starsze
Ni., !-nochi, O., Na.
Nasze pierwsze wspólne spotkanie po latach
...
Ni., O., Na., !-nochi
...nazwane wieczorem STAROpanieńskim
O., Na., !-nochi, Ni.
Spotkanie mikołajkowe
Leży: Na., stoi: !-nochi, za aparetm: O.
Śnieg, orzełek i zegar słoneczny
O., Na., !-nochi, Ni.
Zimne ognie! Bez okazji... O. pomyślała, że będzie fajnie
O., !-nochi, Ni., za aparatem: Na.
Zakochałyśmy się w tym, dekoracyjnym jedynie, kąciku restauracji
!-nochi, Na.
Przygotowania do Andrzejek. Nad prawą ręką Na. można się dopatrzyć naszej fotografii grupowej ze studniówki

________________________________

Pomóż sobie - miej przyjaciół!