Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2014

Wakacje!

Powiedzenie „obyś cudze dzieci uczył” absolutnie nie posiada dla mnie wydźwięku negatywnego. Zakończyłam swoją pracę w szkole i uważam, że nie ma lepszego zatrudnienia na świecie. Papierologia i wypisywanie świadectw? Nic nie jest mi straszne! Trudno było się żegnać. Zarówno z gronem pedagogicznym, jak i z dziećmi. Uczniów miałam cudownych. Życzyłabym sobie takich jeszcze kiedyś. Każdego malucha – bez wyjątku – będę wspominać naprawdę dobrze. Nauczyłam się wiele przez te 3,5 miesiąca i już wiem, że praktyki studenckie są w związku z tym niczym. Cieszę się, że dane mi było trafić właśnie na tę klasę, bo w niej mogłam nauczyć się znacznie więcej niż w innych. Bo to naprawdę nie było tak, że tylko ja uczyłam. Wiele nauczyły mnie same dzieci. Trafiłam też na wspaniałe grono pedagogiczne. Ludzie zawsze służyli dobrą radą, pomocą i zawsze byli życzliwi. Wspomnienia zachowuję, zapisuję tutaj i w sercu, bo naprawdę warto. To co dobre szybko się kończy. Pamiętajcie: nigdy nie wiecie co przyniesie jutro. Mnie 3,5 miesiąca temu przyniosło właśnie taką przygodę. Liczę, że kolejne przede mną.

Tymczasem: zasłużone wakacje. Sesja zaliczona na 5.0, rok akademicki łącznie na 4,94. Bardzo mnie to cieszy, bo pomimo iż nie mam zapewnionej pracy – będzie zapewnione stypendium rektorskie. W tym roku jestem tego pewna, bo do średniej dojdzie sympozjum szkoleniowo-naukowe oraz naukowa publikacja. Opłaciło się poświęcać temu wszystkiemu cały wolny czas.

Jakie macie nietypowe plany na to lato? Ja na razie żadnych. Może mnie zainspirujecie?

Pozdrawiam!
Maluch ocalony przez Y.

wtorek, 31 grudnia 2013

Każdy nowy rok jest szansą...

Każdy nowy rok jest szansą by coś zacząć na nowo. Podobnie jak każdy miesiąc, każdy dzień, każda godzina, sekunda. Każda chwila. Tylko gdy zmienia się ta ostatnia cyfra przy pełnej dacie... Jest jakoś łatwiej. Łatwiej wziąć za siebie.

Nie będzie kreatywnie, bo również jak wielu innych blogerów postanowiłam dzisiaj dodać podsumowanie ostatnich 365 dni. Uważam to za bardzo istotną rzecz, gdy blog ma mi służyć do tego, by mile wspominać przeszłość.

Zatem do rzeczy. Trzynastka ponoć jest pechowa – raczej nie dla mnie. Rok 2013 rozpoczął się praktykami w szkole podstawowej, które okazały się naprawdę wspaniałe. Klasę drugą „a” zawsze będę bardzo miło wspominać – świetne dzieciaki. Potem przyszedł czas na dokładniejsze zajęcie się pracą licencjacką. Na spokojnie, bez spinania się – tworzenie licencjatu dla mnie było sama przyjemnością. Inaczej było przy obronie, bo nerwowo, ale i tak do przodu. Wyróżnienie ze względu na temat i wnioski, a potem propozycja publikacji – to sprawiło, że (jak mawia Adam) trzeba było otworzyć okno, bo moje ego nie mieściło się w sali. Zdążyłam odkryć zumbę i zakochać się niej, kiedy wcześniej nie znosiłam sportu. Zakończyłam jedną pracę, źle ulokowałam się w kolejnej, ale z końcem roku pojawiła się następna, która jest owocem sympatii do fitnessu. Udało się spotkać z J. - blogerką ze Szkocji oraz wziąć czynny udział w charytatywnym pikniku. Wiosną miało miejsce bardzo ważne wydarzenie – zostałam świadkiem na ślubie starszego brata, a potem po raz pierwszy ciocią – zdanie na temat niemowląt zmieniłam diametralnie. Rozumiem już co dokładnie znaczą słowa Janusza Korczaka: „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Latem udało się wreszcie gdzieś wyjechać. Z Warszawy wycisnęłam zatem wszystko, co chciałam. Zwłaszcza te wakacje były niesamowite dzięki Y., Adamowi, O. i Na.: było morze, była jakże wyczekiwana czwarta edycja KoneConu, były rowerki wodne, łódki, wypady za miasto i nieschodzący z twarzy uśmiech. Po wakacjach przyszedł czas na rozpoczęcie studiów magisterskich, a dzięki wynikom w nauce nie muszę się przejmować w tym roku za co opłacę czesne, bo moje stypendium rektora pokrywa całość. Czy nie warto się starać? Oczywiście, że warto!

Czy wydarzyło się coś niefajnego? Oczywiście, że tak, ale czy warto zaprzątać sobie tym głowę w ten piękny wieczór? Mam nadzieję, że Wasz rok był równie udany jak mój. Napiszcie co dobrego się wydarzyło u Was. Liczę, że 2014 przyniesie wiele nowych niespodzianek, oczywiście w szczególności tych miłych. W ostatni dzień 2013 roku życzę Wam mnóstwo radosnych chwil, spełnienia marzeń i tego, aby obok Was zawsze był ktoś komu na Was zależy. Szczęśliwego, Kochani!


Zdjęcie, które zrobił mi Y. podczas wakacji na
The Tall Ships Races 2013, ale jakże pasuje do okazji
________________________________

Jeśli zmienisz punkt widzenia, bardzo szybko możesz dojść do wniosku, że Twoje życie wcale nie jest nudne, wiesz?

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

środa, 18 września 2013

Magiczne miejsce

Lubię przebywać w lesie. Można uciec od zgiełku i faktycznie nie tylko usłyszeć ciszę, ale poczuć ją i chłonąć całą sobą. Mam jednak szczególne wymagania co do prezencji lasu idealnego. Dobrze jest kiedy ściółka nie wymaga przedzierania się przez paprocie, nie ma mnóstwa krzewów i nisko osadzonych gałęzi młodych drzewek. Przede wszystkim musi świecić słońce, bo w czasie pochmurnego dnia piękna lasu się nie dostrzeże. Wystarczy przyjrzeć się w blasku słońca pajęczej sieci. Widzieliście taką, która w całości pokryta jest dodatkowo rosą? Prawdziwe zjawisko… Przyglądaliście się wśród leśnych słonecznych prześwitów błyskowi pancerzyka… żuka gnojarza? Jest ich w lesie mnóstwo. Nie zwróciliście uwagi? W sumie chyba nie można dostrzec niczego urzekającego w tak ohydnym stworzeniu, prawda? A właśnie, że nieprawda. Obrzydliwe robactwo w mniemaniu większości potrafi być niezwykle urokliwe moim zdaniem. Polecam spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy.

Nie lubisz lasu? Bo pająki, bo kleszcze, bo coś? Masz prawo. Choć insektów i pajęczaków brzydzę się bardzo, to jednak przecież statystycznie rzecz biorąc i tak każdy z nas w życiu skonsumuje nieświadomie po cztery pająki – wiem, może wolałbyś o tym nie wiedzieć. ;) Strach przed jednym na swetrze niewiele zmieni. A ile pięknych rzeczy można dostrzec i spotkać.

Zdjęcia wykonane podczas dwugodzinnego grzybobrania. Adam i Y. zbierali borowiki, ja fotografowałam muchomory. ;)

Jak z dziecięcej kolorowanki, prawda?
Może to halucynki? :D
Jak myślisz, znajdzie drugą połowę serca?
Będą pierożki i uszka na święta!
________________________________

Poznawaj piękno natury

Jeśli chcesz, polub

piątek, 13 września 2013

Moje lato

Chyba nie ma się co łudzić. Raczej już minęło... Było idealne. Za co cenię je najbardziej?

Za jagody - naturalnie jedzone prosto z leśnego krzaczka. ;)
Za imprezy w plenerze - tutaj na scenie akurat Łona
Za możliwość uczestniczenia w takich wydarzeniach bez ani jednego dreszczu wywołanego chłodem (swoją drogą uważam, że to zdjęcie, które zrobił mi Y. jest genialne - The Tall Ship Races 2013)
Za możliwość poznawania nowych miejsc
Za morze
...i wypoczynek z Najlepszą Czwórką Na Świecie
Za "KoneCONowanie"
Za rowerki wodne, łódki i kajaki
Za kolorowe ubrania
...i za to, że sukienki oraz spódniczki nie muszą być chowane pod płaszczami ;)
Za spacery w pięknej scenerii
Za tajemnicze małe-wielkie święto obchodzone już szósty raz z O.
Za Y., dzięki któremu lato jest zabawne, pomimo dorosłego wieku
Za magię chwil
... i za to, że cuda się zdarzają, a marzenia spełniają


A Wam jak minęło?
________________________________


Przeżywaj, dostrzegaj, doceniaj

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u

sobota, 7 września 2013

Ostatnie tchnienia prawdziwego lata

Zakończył się mój ulubiony okres w roku. Czerwiec, lipiec i sierpień to moim zdaniem najpiękniejsze miesiące. Czas ten rozpoczyna się bardzo długimi dniami, soczystymi truskawkami i zapachem zbliżających się pełnych wrażeń wakacji dzięki tym Najlepszym. Dla mnie lato to czas, w którym można wypowiedzieć wiele życzeń dzięki mnóstwu spadających gwiazd. To widok morza, zapach polnych kwiatów na łąkach i możliwość otaczania się intensywnymi barwami od żółci przez błękit po zieleń. Zakończenie tego czasu kojarzy mi się ze żniwami. Może dlatego, że kiedy byłam dzieckiem zawsze wakacje spędzałam na wsi. W poprzednim tygodniu do czasów dzieciństwa zabrała mnie O., która wymyśliła wypad za miasto w okolice ścierniska. Udałyśmy się tam wraz z Y. i kimś jeszcze…



Podczas sesji zwierzątko nie ucierpiało. Ucierpiała jednak O., bo włożyła jakże odpowiednie na takie miejsce… sandałki. :D

Nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go!






Ale nic to! Lato wciąż trwa, wakacje w moim przypadku również, choć dni są krótsze, a wieczory chłodniejsze. Wierzę, że jeszcze niejedno się wydarzy. :)

________________________________

Doceniaj najpiękniejszy czas. I wykorzystuj go.

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u

poniedziałek, 2 września 2013

Półmaraton Gryfa

Dziś zapowiedziany gościnny wpis Adama, mojego brata bliźniaka. O tym jak spędziliśmy... a raczej jak on spędził poprzednią niedzielę. Ja siedziałam na trybunach... Oddaję bloga do jego dyspozycji. To do niego kierujcie swoje komentarze. Z chęcią na nie odpowie, zatem polecam wrócić. Zapraszam do lektury.


* * *
Łamanie granic. Próba charakteru, walka z bólem. O tym jak z niewinnej idei rozwija się cel, któremu można podporządkować dwa miesiące. Opowieść o przygotowaniach i udziale w półmaratonie Gryfa. 

Adam tuż przed startem...
Wszystko zaczęło się niewinnie.  W maju ściągnięto mi gips. Biegaj, chudnij! Koniec wymówek. Spokojne tempo, zacząłem od 5 km. Towarzyszył mi chłopak Ewy. Chciałem osiągnąć barierę 10 km i biegać dla zdrowia.  Apetyt rośnie w miarę jedzenia, kilometr za kilometrem. Tempo wzrastało. Y. zmienił biegi na siłownię, ja zostałem. Dzień przełomowy, to dzień pokonania 12 km. Wtedy wiedziałem, że to bilet w jedną stronę, że nie odpuszczę. Przebiegnę Półmaraton Gryfa 25 sierpnia. Dla niektórych bieganie jest przyjemnością, dla mnie bardzo to wątpliwe jeśli chce się pokonywać granice. Średnią przyjemność osiąga się, gdy masz przebiec 20 km, po 12 godzinach pracy o godzinie pierwszej w nocy i wstać o 7 rano. Raz nawet miałem okazję się odwodnić. Dodam, że po takim treningu nogi bolą jak cholera. Stały pakiet. Krwawy pęcherz na stopie, lewe kolano, prawe biodro. Pod sam koniec treningów w sierpniu doszła lewa stopa. Nagminny ból po prawej stronie brzucha martwił mnie najbardziej. Jakże wielką radość sprawiło mi, gdy zamiast prawego boku bolał lewy. Bolało dość mocno, a ja się cieszyłem, że to jednak nie wyrostek. 

Ze względu na pracę biegałem po nocach. Znajomi pytali mnie „nie boisz się tak po nocy biegać, przecież tyle patologii po tym mieście chodzi?”. Moja odpowiedź była zawsze taka sama - przecież tę patologię to się zna, najbardziej boję się, że nadepnę na jeża i skręcę nogę. Nawet nie wyobrażacie sobie ile ich biega po mieście w nocy. Jednego nawet przypadkowo kopnąłem.

* * *

Jedni odbywają ostatnie chwile rozgrzewki. Drudzy w skupieniu oczekują sygnału startera. Ktoś tam jeszcze pełen luzu żartuje: „Młody zrób mi zdjęcie, bo to prawdopodobnie ostatnia chwila, gdy widzicie mnie w pozycji stojącej” - zagaduje sąsiada obok i wręcza mu aparat. Daleko mi od luzu. Raczej rozgrywka w głowie – dam rade czy umrę gdzieś na trasie.


Zawodnicy przygotowują się do startu

Godzina 12:00 - wszyscy czekają na sygnał. Jedyne co słychać to szmer rozmów na stadionie i niewyraźny lament spikera. Strzał! Start! Blisko 1400 biegaczy rusza. Stadion szaleje, krzyki, brawa. Nie wiem czy to dla mnie ta wrzawa czy nie, ale mijam ludzi, patrzę im w oczy, a oni się uśmiechają, krzyczą. Niesamowite uczucie. Jesteś jednym z 1400 ludzi, a czujesz się tak jakby oni przyszli tu tylko dla ciebie. Ciarki, miękkie nogi. Niesamowite uczucie. Możesz wszystko. Sky is the limit! 


Zaczęło się!
Udziela mi się atmosfera. Wspaniałe uczucie, które prowadzi do piekła. Biegnę tempem, które jest za szybkie. W głowie pytanie „jak zamierzasz pokonać trasę tym tempem w słońcu?". Próbuję zwolnić. Lipa. Nie da się zwolnić, gdy każdy cię wyprzedza. Ambicja nie pozwala. Odruchowo trzymam tempo, które musi mnie zabić. 4 km za nami i czuję dystans w nogach – 17 km przede mną – niedobrze. Zwalniam do tempa, które i tak nie jest dla mnie optymalne. Przy 9 km zastanawiam się czy nie zrezygnować. No, ale jak spojrzeć w oczy znajomym skoro tyle mówiłem o przygotowaniach? „Prędzej karetka mnie stąd zabierze niż nie dobiegnę”. Banalny głupi tekst, ale znający mnie trochę bardziej wiedzą, że nie żartuję. Jedenasty kilometr jest przełomowy… 


Adam przebiega półmetek

Dostałem na trasie połowę banana :D. 150 gramów zwyczajnego biedronkowego banana, które ratuje ponad dwa miesiące treningu. Do szesnastego kilometra biegnę spokojnie. Jest nieźle, siły wróciły, drugi oddech. Ostatnie 5 km to bieg na ambicji. Walka z samym sobą. Bez siły. Biegłem, bo wiedziałem, że muszę ukończyć, że jeśli się tutaj zatrzymam to przez cały rok będę miał wyrzuty sumienia. Mój pierwszy półmaraton nie może skończyć się rezygnacją. Skręcona kostka, zasłabniecie to jakiś tam powód, ale nie brak siły. Z resztą nie raz na treningu biegłem ostatnie kilometry na rezerwie, więc to nic nowego. W zasadzie nic nowego, ale tam biegałem w nocy o 1:00, o 2:00. Pierwszy raz tyle kilometrów w godzinach 12-14 przy pełnym słońcu. Mimo wszystko biegnę. Ostatni podbieg. Kto mieszka w Szczecinie ten pewnie kojarzy to wzniesienie na Unii Lubelskiej. „Szacunek Adam, że tam podbiegłeś, na kacu jak idę to się wku…am, gdy musze pod nią podejść” – tyle komentarza kolegi po półmaratonie. Trasy nie znam, więc pytam człowieka z ochrony – ile jeszcze? – mniej niż kilometr. Jest dobrze. Wiem, że dobiegnę. Ostatnia prosta po ulicy. Słyszę szum stadionu. Wbiegam na stadion, ostatnią prostą na bieżni pokonuję sprintem, mijam z dziesięć osób. Przekraczam metę. Czas? Lipa. Ponad dwie godziny. Dokładnie 2:00:28. Miało być poniżej 2 godzin. Niemniej jednak i tak jestem zadowolony. Za dużo błędów popełniłem. Przez dwa dni spałem 10 godzin. Dzień wcześniej na konwencie spałem na podłodze. Słabe jedzenie, no i oczywiście mądry chłopak ze mnie, więc ubrałem się na czarno, gdy biegać trzeba było w południe. Za rok wracam tam, pobiję 1:35. Trzymajcie kciuki.

W tym roku medale dla biegaczy, którzy ukończyli trasę wyglądały właśnie tak

Taki upominek Adaś dostał w pracy na kilka dni przed startem
W tej całej historii brak odpowiedzi „dlaczego biegałeś, skoro było ciężko?”. Odpowiedz bardzo prosta – dla siebie. Przełamywanie swoich granic wiąże się z niesamowitą satysfakcją. Mój osobisty sukces – przebiec półmaraton z astmą i dyskopatią. :)

PS: Kasiu, dzięki za permanentną motywację, trzymam kciuki za zdrowie i za rok biegniemy razem. :)

________________________________

Wspieraj innych w ich postanowieniach

Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOK'u

wtorek, 27 sierpnia 2013

KoneCON 2013

W poprzedni weekend 24-25 sierpnia miałam okazję być na czwartej edycji KoneConu czyli na szczecińskim zjeździe miłośników kultury azjatyckiej. Impreza ta miała dość dużego pecha, ponieważ już od dwóch lat była odwoływana. Prawdą jest, że konwenty dotyczące Azji nie cieszą się dobrą sławą, organizatorzy czyli grupa Umi No Koe miała nie lada problem ze znalezieniem odpowiedniej placówki (takie wydarzenia zazwyczaj odbywają się w szkołach). Dyrektorzy lubili się wycofać z umowy nawet na trzy tygodnie przed planowaną imprezą. Mówi się, że w Japonii cyfra 4 jest pechowa, dlatego zmieniono nazwę podwójnie odwołanego KoneConu 4 na KoneCon 2013. I tym razem się udało.

Od razu wspomnę, że konwenty nie są wcale zrzeszeniem zboczeńców, nie są targami specyfików, które używa się w chińskiej ludowej medycynie oraz nie ma tam miejsca na deprawację młodych ludzi, jak zwykło się uważać. To był mój szósty konwent, w którym wzięłam udział. Nie był najlepszy, bo nic nie pobije chyba drugiej edycji KoneConu, ale naprawdę fajnie spędziłam czas. Może nie udało się zebrać całej ekipy, z którą planowałam się spotkać, ale wraz ze mną i z Adamem stawili się Jacek z nowopoznaną przeze mnie sympatyczną Martyną, a po czasie dotarł do nas jeszcze Kamil, którego poznaliśmy na poprzednim konwencie – Shi: Bishoku.


Moje ludziki. Ćwiczą japońską sztukę kaligrafii. ;)
Konecon 2013 posiadał konwencję zburzonego Tokyo, zatem wiele atrakcji nawiązywało do tego, aby przywrócić miasto z powrotem do życia. Spoglądając w plan atrakcji nie wiadomo było co wybrać, ponieważ wiele ciekawych warsztatów i paneli miało miejsce w tym samym czasie… Iść na Bento (prelekcję o tym jak tworzyć słodko wyglądające śniadania) czy jednak wybrać się na Matsuri – lekcję o japońskiej sztuce świętowania? A może jednak na ceremonię parzenia herbaty?

Zaczęliśmy od pojawienia się na prelekcji o aikido. Potem rozejrzeliśmy się po „Akihabarze” jakie stoiska mają miejsce na conplace (terenie konwentu) i czy uda się kupić coś fajnego. Następnie udałam się wraz z Adamem i Kamilem na panel „Jak wydać książkę i na tym nie stracić”. Bardzo fajnie prowadzone zajęcia przez autora, który wydał niedawno swoją drugą książkę z gatunku fantasy – tyle że w połowie musieliśmy wyjść, bo ja chciałam pójść na wiedzówkę o Harry’m Potterze, Adam zaś na panel o Naruto (jedna z najbardziej popularnych mang/anime w Polsce).  Ostatecznie z konkursu o Harrym zrezygnowałam, ponieważ miał on polegać na tym, że należało się dobrać w trzyosobowe grupy. Potem z najlepszej grupy wyłonione miało być pierwsze, drugie i trzecie miejsce, co dla mnie jest bez sensu. Według mnie to niesprawiedliwie, bo nie wyłania się w ten sposób faktycznie trzech najlepiej przygotowanych osób. Szybko zatem poszłam dołączyć do Adama na Naruto. Potem wybraliśmy się popatrzeć jakie eksponaty zostały wystawione w „Muzeum”. Mogliśmy tam również potrenować sztukę japońskiej kaligrafii. Następnie poszliśmy na debatę o GMO, a jeszcze później na Cosplay oraz Fireshow. 

Cosplay to konkurs na najlepiej odwzorowany strój z anime, mangi, gry… W porównaniu do poprzednich KoneConów cosplay był na nieco niższym poziomie, ale i tak przyjemnie się go oglądało. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się o co chodzi, poniżej załączam nagranie z tego wydarzenia na Koneconie 2013.


Ulubieńcem publiczności stał się ten pan. Iron Man naprawdę świecił w ciemności. :)



Na Fireshow miałam nie iść, ponieważ zazwyczaj mnie trochę nudzi. Naoglądałam się tego już wiele razy. Całe szczęście, że jednak się na nie udałam. Grupa była niesamowicie przygotowana, bo nie chodziło tylko o wymachiwanie rękoma, aby zapanować nad poiami, ale także o taniec. Polecam poniżej odtworzyć nagranie i obejrzeć przynajmniej solówkę dziewczyny – pierwsze cztery minutki. Naprawdę warto.




Następnie udaliśmy się na panel o tym jak poderwać dziewczynę. ;) Co ciekawe, dziewcząt na sali było nieco więcej. Prelegent bardzo dobrze się przygotował, ale większość facetów, która przybyła na tę atrakcję przyszła się pośmiać, a nie o to tu chodziło. Kiedy prelegent poprosił ich, aby zaprezentowali kilka swoich sposobów na to, aby dziewczyna zwróciła ich uwagę tak naprawdę żaden z nich nie potrafił się wykazać. Padały jedynie niepoważne teksty w stylu „Hej, grasz w LoL’a”? Bardzo fajnie wypowiadały się właśnie wspominane wcześniej dziewczyny, bo dawały przynajmniej poważne rady. Potem wybraliśmy się na atrakcję nazwaną „Wielkim Otwarciem Miasta Tokyo”, na którym miały miejsce występy muzyczne na scenie, można było potańczyć, a w trakcie odbył się LightShow.


Jeśli chodzi o atrakcje to było ich naprawdę mnóstwo. Każdy, nawet jeśli nie interesował się specjalnie tradycją azjatyckich krajów, mangą, anime, muzyką koreańską, a przyjechał tu dla ludzi i atmosfery (bo ta jest tutaj naprawdę nietypowa), mógł wybrać coś dla siebie. Miały miejsce np. karaoke, turnieje takich gier jak Tekken 6 czy Soul Calibur 4, warsztaty taneczne (do popowej muzyki koreańskiej).


Densimy :D
Meido Cafe
Następnego dnia, w niedzielę bardzo chciałam pójść na prelekcję o tym jak podróżować po Japonii, posłuchać wykładu o samurajach i japońskich przesądach, ale musieliśmy z Adamem opuścić konwent, aby udać się w inne miejsce. O tym jednak następnym razem gościnnie opowie on sam.

________________________________



Poszerzaj swoje pasje

Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOK'u

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Przyjaciel to inspiracja



Wczoraj wyszłam z O. na spacer. Przy okazji udało nam się trochę zmoknąć. O dziwo pogoda i u mnie nieco się pogorszyła, ale na szczęście temperatura wciąż przypomina tę letnią. Nie ma to jak schronić się przed ulewą w przejściu pod starym murem obronnym nie posiadającym nawet metra grubości. Udało się jednak zrobić parę fotografii. Obie zauważyłyśmy, że wyszły dość jesiennie ze względu na pochmurną aurę. Teren przy jeziorze okazał się dość nieprzyjazny, lekko mówiąc. Absolutnie nie chciał współpracować. Nie dość, że podmokły, to jeszcze skoszona trawa bardzo spektakularnie okleiła moje buty oraz stopy O. Walka z nią bez góry chusteczek okazała się bardzo nierówna. ;)
*  *  *

– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego. – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

A Wy macie takiego swojego Puchatka? Ja mam ich kilku. Większość z Was poznało ich już w poprzednich postach.






EDIT.: Dzisiaj w nocy apogeum Roju Perseidów. Jeśli niebo nad Waszymi głowami będzie bezchmurne, polecam popatrzeć w gwiazdy. Będzie to okazja do wypowiedzenia wielu życzeń. :)
________________________________

Niech inspirują Cię relacje
z ludźmi, którzy Cię otaczają

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u