Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

(...) oraz że Cię nie opuszczę...

Wydarzyło się za dużo. Czuję się, jakbym przebiegła po tęczy i na jej końcu znalazła legendarny skarb. Chciałabym napisać tak wiele o tym, co miało miejsce w najpiękniejszym sierpniu mojego życia, ale nie wychodzi. Im więcej piszę, tym więcej chciałabym dodać, a jednocześnie tym bardziej opis traci swój urok. Nie wiem czy zdjęcia to oddadzą, ale po prostu są rzeczy, których nie da się ubrać w słowa. Trzeba je czuć. Może uda się kiedy indziej.

Wieczór panieński
Pstryknij fotkę na kilka minut przed :)
Do ołtarza z bratem bliźniakiem.
"Trzymaj mocno i idź powoli, bo zaraz zgubię buty".
Spisał się. Buty zgubiłam dopiero po przysiędze. :D
Sesja zdjęciowa
;)
Jeśli spadniesz - skoczę za Tobą
Zakochani w Alpach

wtorek, 2 września 2014

Było sobie lato

Im mniej mam obowiązków tym większy leń się wkrada. Też tak macie? Chyba lato już minęło. Tegoroczne nie było tak cudowne jak poprzednie, ale chyba mniej się starałam. Zwolniłam, bo było mniej sposobności, a i plany na kolejne są bardziej rozbudowane. Pochłoną sporo finansów. Utrzymać zaś oszczędności bez pracy jest dość ciężko. Toteż i trzeba było zadowolić się mniejszą ilością atrakcji. Nie było jednak tak, żeby zupełnie nic się nie działo. Było morze, był Y., były dziewczyny, kajaki, wypady na ryby, był pyromagic, Adam z A. (zaczynają się pojawiać problemy z nadawaniem skrótów – blogowe dylematy), a ponadto jestem bogatsza o chrześnicę. ;) A jak Wam minęły najpiękniejsze w moim mniemaniu, miesiące w roku?

Jest moc...
Na., Inochi. O.
Kajaki! ;)
Za niecały rok...

środa, 11 czerwca 2014

Dzieje się...

Jeśli są urodziny, to musi być też impreza. Tutaj wraz z O. Na. za aparatem :)
Ostatnie dni są tak intensywne, że nie mam czasu w zasadzie na nic. Zbliża się koniec roku akademickiego oraz szkolnego, trzeba się uczyć, wypisywać świadectwa i dyplomy… Jutro rano do pracy – a ja postanowiłam opisać parę spraw. Jeśli blog ma być chronologicznym spisem wspomnień, trzeba pamiętać o systematyczności, której jednak ostatnio mi brak.


Chciałabym podziękować Pani Agacie z bloga www.3zdania.blogspot.com. Tartaletki wyszły pyszne, dzieci świetnie bawiły się podczas ich przygotowania, nie wiem kiedy wszystkie tarty znikły ze stołu, gdy tylko zostały zaprezentowane komisji i można było przejść do degustacji.



Zaliczyłam wesele. Nie byłam na takiej imprezie wiele lat, ale jak się okazuje moje dziewięcioletnie spojrzenie na to wydarzenie niespecjalnie różni się od tego dwudziestotrzy-dwudziestoczteroletniego. Nie dla mnie takie imprezy. Przed oczepinami uciekałam gdzie pieprz rośnie, bo nie miałam ochoty tarzać się i turlać po parkiecie na komendę wodzireja.

Wesele

Poprawiny
Tak się zdarzyło, że akurat podczas wesela obchodziłam dwudzieste czwarte urodziny. Tego samego dnia urodziny miał też inny gość weselny, więc nie obyło się bez „stop lat” przy „a kto się w czerwcu urodził”.

Ostatnie dni znów pokazały mi jak wspaniali ludzie mnie otaczają. Wróciliśmy do domu dość wcześnie nie zostając na całych poprawinach. W domu Y. czekała na mnie niesamowita niespodzianka. Już od miesiąca w salonie leżał przykryty duży pakunek, do którego nie miałam dostępu. Już myślałam, że Y. zainspirowany podjęciem przeze mnie diety kupił mi coś w rodzaju rowerka stacjonarnego albo orbitreka… Zabiłabym, bo z diety już zrezygnowałam. ;) Okazało się jednak, że Y. znów zaskoczył mnie tym jak potrafi trafić w mój gust. Nigdy nie spodziewałabym się, że w tych kartonach znajduje się… teleskop. I jak tu się nie wzruszyć, kiedy na urodziny ktoś daje Ci wymarzony prezent z dzieciństwa? Robi wrażenie tym bardziej, kiedy ta druga osoba nigdy nie została poinformowana o tym, że zawsze marzyłaś o czymś takim…

Nie skończyło się na tym, bo kiedy wróciłam do domu, w pokoju czekał na mnie upominek od Na. i O. Dziewczyny dały mi błękitną podwiązkę – jestem więc w posiadaniu pierwszej części garderoby do ślubu – i moje ulubione zdjęcie, które przedstawia nas wszystkie. Nie zabrakło czegoś słodkiego i zabawnej kartki.


Swoją drogą moje urodziny trwały dość długo, bo choć były w sobotę, to w piątek w prezencie dziewczynka z mojej klasy wręczyła mi ręcznie uszyty uroczy podarunek, którym mnie absolutnie zaskoczyła i rozczuliła. W niedzielę wraz z Y. pojechaliśmy nad morze, a w poniedziałek D. podarowała mi śliczne srebrne kolczyki, zabrała na lody, a potem wieczór zagospodarowały mi Na. i O. No i jak tu powiedzieć, że życie nie jest cudowne, kiedy otaczają mnie tacy ludzie?

Prezenty od O. i Na.

Prezent od Mai - mojej uczennicy

Upominek od D.

Spacer z Na. i O.

O. za aparatem, Na. plecie wianek, a ja nie robię nic, bo kiedy zajęłabym się pleceniem, wystawałoby zbyt dużo badylków :D


Pierwszej i drugiej nocy warunki pogodowe pozwoliły jedynie na oglądanie Księżyca, ale wczoraj od razu trafiliśmy na Saturna - w ciemno, bo jeszcze nie studiuję dokładnie mapy nieba.

wtorek, 27 maja 2014

Na krawędzi świata

Można czasem usiąść na krawędzi świata

Poprzedni tydzień minął na zdobywaniu referencji. Zawsze obiecuję sobie, że będę to robić na bieżąco, a i tak ostatecznie zapominam. Tak czy owak – wysłane, oby się przydały… W sobotę wzięłam udział w moim pierwszym naukowym sympozjum. To oznacza, że publikacja tuż tuż. Mam nadzieję dotknąć okładki jeszcze przed nowym rokiem akademickim - trzymam za to kciuki. Udało mi się zaliczyć w jednym semestrze wszystkie praktyki studenckie, a co za tym idzie przyszły rok będzie niemal bezstresowy – zostanie tylko pisanie pracy magisterskiej. Temat znów mam przyjemny, tak jak w przypadku licencjatu, zatem będzie ciekawie. W niedzielę dostałam pierwszego kwiatka będąc w roli wychowawcy klasy – dwoje dzieci zaprosiło mnie na mszę komunijną. Poza tym przebrnęłam przez pierwszy klasowy Dzień Matki, podczas którego okazało się, że do mojej klasy chodzi chłopiec, z którego bratem chodziłam do klasy w gimnazjum. Mama już zapowiedziała, że na następne zebranie przyśle właśnie jego. :) Dzieje się dużo. Za chwilę uciekam do fitness clubu, bo mam godzinkę zajęć, a co u Was?
Ten spacer z O. nie zapowiadał tak ciekawego efektu na zdjęciach

sobota, 3 maja 2014

Praca, dieta i majówka :)

Jak spędzacie majówkę? Ja otworzyłam ją z O. i Na. już w środę. Na. zapoznała mnie z osobą, która prowadzi różnego rodzaju imprezy i mam nadzieję tę znajomość wykorzystać w sierpniu za rok. ;) W następne dni majówki zdążyłam nieźle wymarznąć. Mimo wszystko zaliczyłam grilla, na którym więcej się nawąchałam niż najadłam, bo od ponad tygodnia jestem na diecie.

Tym razem dietę przygotowała mi osoba, która faktycznie się na tym zna, zatem liczę na widoczne efekty. Ale przyznaję – jest to chyba moja ostatnia próba – jeśli nie będzie efektu, rezygnuję, bo mam za sobą już wiele nieudanych, które zakończyły się fiaskiem i to nie z racji słomianego zapału czy niestosowania się do zasad.

Okazuje się, że jeszcze trochę popracuję w szkole. Pani, którą zastępuję musi jeszcze przedłużyć zwolnienie, prawdopodobnie aż do końca roku szkolnego. Jeśli chodzi o fitness, trochę obcięto mi godziny. Teraz będę prowadzić zajęcia tylko po parę godzin dwa-trzy razy w tygodniu. Z racji diety będzie to raczej bardziej korzystne dla mojego organizmu niż prowadzenie godzinki zajęć codziennie (a łączy się to z dwoma godzinami transportu). Z drugiej strony mniejsza liczba godzin oznacza mniej tego, po co każdy przychodzi do pracy. Ale póki co – jest dobrze. Nie mogę narzekać.

Inochi, Na., O.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Aktualności :)

Ustalone, 8 sierpnia 2015 roku wkładam białą suknię, mówię „tak” i żyję długo i szczęśliwie. ;) Wystarczyło rzucić datą, aby niektóre osoby już zaczęły kręcić nosem na pomysły weselne do tego stopnia, że zastanawiam się kto tu tak naprawdę ma brać ślub. To ciekawe jak niezwykle łatwo wtrącać się ludziom, którzy wszem i wobec ogłaszają, że sami nie lubią wtrącania w nieswoje sprawy. Póki co biorę głęboki wdech i się nie przejmuję, bo i po co.  Ale im bliżej terminu, tym pewnie będzie gorzej. To prawda, że wesele jest dla gości, a nie dla młodych, ale i tak pewnie wszystkim się nie dogodzi. Zatem póki co tylko sobie głośno myślę.

Y. dostał kilka dni temu propozycję walki na gali MMA, która w sobotę będzie emitowana na kanale orange sport. Sama nie wiem czy chciał wziąć udział, ale tak się złożyło, że obecnie jest na L4. W związku z tym nie ma takiej opcji, aby podjął się wyzwania. Do tej pory nie mogę go rozgryźć, bo wcześniej nigdy nie wspominał, że chciałby brać udział w podobnym wydarzeniu, a tu nagle pojawiła się propozycja po treningu, na którym go podejrzano. Y. wydaje się w ogóle nie nakręcać z tego powodu, kiedy ja zawsze sądziłam, że jest to jakieś wartościowe doświadczenie dla kogoś kto trenuje sztuki albo system walki. Tak czy owak chyba jednak bardziej cieszę się z tego, że termin walki pokrył się ze zwolnieniem lekarskim, bo choć pewnie stałabym pod oktagonem, walki bym nie obejrzała.

W poniedziałek O. miała urodziny, ale jako że wraz z Na. nie mogłybyśmy tego dnia znaleźć czasu, przygotowałyśmy niespodziankę na dzień poprzedzający urodziny. Przygotowałyśmy prezent składający się z kilku przedmiotów nawiązujących do naszych wspomnień i udałyśmy się do domu O., która nie spodziewała się nas do tego stopnia, że… spała. Udało się! Uśmiech na twarzy wywołany, a zatem misja ukończona z wynikiem pozytywnym.

Ostatnio skręciłam kostkę kiedy wysiadałam z busa. Przez ponad tydzień nie byłam na fitnessie. Jutro zamierzam podjąć się poprowadzenia jednej godziny, ale szczerze – nie wiem co z tego wyjdzie, bo noga wciąż nie jest do końca sprawna i nie czuję się stabilnie. Przydarzyły się Wam kiedyś lekkie albo średnie skręcenia ? Długo je leczyliście?

Nie puścimy rąk! (O., Inochi i ręka Na.:)

Inochi, O., Na.

środa, 26 lutego 2014

Ciasteczka


Pogoda jest idealna, zatem jak tutaj nie mieć wspaniałego humoru? Tym bardziej, kiedy raczą nas niespodziewanym dniem wolnym? Dzięki temu spotkałam się dzisiaj z dwoma przyjaciółkami i podczas spaceru natknęłyśmy się na taki widok:


Wolny dzień sprawił, że dodatkowo upiekłam dla zapracowanego Y. ciastka. Mam nadzieję, że nie wejdzie na bloga przed tym jak się zobaczymy, bo to ma być niespodzianka. Okazuje się, że tylko taki masterchef jak ja potrafi w przepisie na ciacha, które wymagają pięciu składników pomylić się dwa razy w proporcjach i dodać jeden składnik dodatkowo, którego wcale nie ma na liście... Ale to nic. Spróbowałam, nie otrułam się, stwierdziłam nawet, że ciastka są pyszne.

Zasadniczo to choć na razie średni ze mnie pożytek jeśli chodzi o gotowanie, pranie, sprzątanie, prasowanie, pieczenie i inne obowiązki domowe, to jednak miło przygotować coś, co komuś smakuje i kto to doceni. Od razu chętniej wraca się do nielubianej kuchni. To dla mnie duża odmiana, bo w moim rodzinnym domu można spędzić w niej pół dnia po to, aby usłyszeć, że zamiast cukru pudru wolałoby się lukier, zamiast powideł to może dżem, a tak w ogóle to może zamiast ciastek mogłoby się upiec coś innego. A jak jest u Was?

P.S. Jeśli jesteście zainteresowani, poniżej zamieszczam przepis. Ciastka są naprawdę łatwe w wykonaniu. Sama robię je od ręki, ponieważ wszystkie składniki zawsze mam w domu czy w piwnicy. Jeśli wyszły mnie, to wyjdą każdemu. Polecam używać dość dobrze usmażonych powideł i dżemów (chodzi o to, żeby nie były zbyt wodniste - tutaj idealnie sprawdzają się te, które robi moja mama), aby nam całość nie wypłynęła podczas pieczenia. Składnikiem, który wkradł mi się dzisiaj nieplanowany był proszek do pieczenia. :)

sobota, 25 stycznia 2014

Pozdrawiam, Andrzej Grabowski!

O., !-nochi, Na.
Co należy zrobić, kiedy ktoś ma urodziny, ale nie może ich obejść z przyjaciółmi, ponieważ cały dzień oraz wieczór spędza w pracy? Wtedy urodziny muszą przyjść do tego kogoś. Dzisiaj swoje wielkie, dwudzieste czwarte święto ma Na. – moja przyjaciółka jeszcze z czasów piaskownicy. Oczywiście nie mogłyśmy zapomnieć o tej okazji wraz z O. W związku z tym przygotowałyśmy upominek, który został silnie nacechowany naszymi wspólnymi wspomnieniami. Życzenie pomyślane, świeczka zdmuchnięta, uśmiech na twarzy zapracowanej jubilatki wywołany, zatem misję uważam za wykonaną.






________________________________

Sprawiaj radość innym!

Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOKU

wtorek, 31 grudnia 2013

Każdy nowy rok jest szansą...

Każdy nowy rok jest szansą by coś zacząć na nowo. Podobnie jak każdy miesiąc, każdy dzień, każda godzina, sekunda. Każda chwila. Tylko gdy zmienia się ta ostatnia cyfra przy pełnej dacie... Jest jakoś łatwiej. Łatwiej wziąć za siebie.

Nie będzie kreatywnie, bo również jak wielu innych blogerów postanowiłam dzisiaj dodać podsumowanie ostatnich 365 dni. Uważam to za bardzo istotną rzecz, gdy blog ma mi służyć do tego, by mile wspominać przeszłość.

Zatem do rzeczy. Trzynastka ponoć jest pechowa – raczej nie dla mnie. Rok 2013 rozpoczął się praktykami w szkole podstawowej, które okazały się naprawdę wspaniałe. Klasę drugą „a” zawsze będę bardzo miło wspominać – świetne dzieciaki. Potem przyszedł czas na dokładniejsze zajęcie się pracą licencjacką. Na spokojnie, bez spinania się – tworzenie licencjatu dla mnie było sama przyjemnością. Inaczej było przy obronie, bo nerwowo, ale i tak do przodu. Wyróżnienie ze względu na temat i wnioski, a potem propozycja publikacji – to sprawiło, że (jak mawia Adam) trzeba było otworzyć okno, bo moje ego nie mieściło się w sali. Zdążyłam odkryć zumbę i zakochać się niej, kiedy wcześniej nie znosiłam sportu. Zakończyłam jedną pracę, źle ulokowałam się w kolejnej, ale z końcem roku pojawiła się następna, która jest owocem sympatii do fitnessu. Udało się spotkać z J. - blogerką ze Szkocji oraz wziąć czynny udział w charytatywnym pikniku. Wiosną miało miejsce bardzo ważne wydarzenie – zostałam świadkiem na ślubie starszego brata, a potem po raz pierwszy ciocią – zdanie na temat niemowląt zmieniłam diametralnie. Rozumiem już co dokładnie znaczą słowa Janusza Korczaka: „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Latem udało się wreszcie gdzieś wyjechać. Z Warszawy wycisnęłam zatem wszystko, co chciałam. Zwłaszcza te wakacje były niesamowite dzięki Y., Adamowi, O. i Na.: było morze, była jakże wyczekiwana czwarta edycja KoneConu, były rowerki wodne, łódki, wypady za miasto i nieschodzący z twarzy uśmiech. Po wakacjach przyszedł czas na rozpoczęcie studiów magisterskich, a dzięki wynikom w nauce nie muszę się przejmować w tym roku za co opłacę czesne, bo moje stypendium rektora pokrywa całość. Czy nie warto się starać? Oczywiście, że warto!

Czy wydarzyło się coś niefajnego? Oczywiście, że tak, ale czy warto zaprzątać sobie tym głowę w ten piękny wieczór? Mam nadzieję, że Wasz rok był równie udany jak mój. Napiszcie co dobrego się wydarzyło u Was. Liczę, że 2014 przyniesie wiele nowych niespodzianek, oczywiście w szczególności tych miłych. W ostatni dzień 2013 roku życzę Wam mnóstwo radosnych chwil, spełnienia marzeń i tego, aby obok Was zawsze był ktoś komu na Was zależy. Szczęśliwego, Kochani!


Zdjęcie, które zrobił mi Y. podczas wakacji na
The Tall Ships Races 2013, ale jakże pasuje do okazji
________________________________

Jeśli zmienisz punkt widzenia, bardzo szybko możesz dojść do wniosku, że Twoje życie wcale nie jest nudne, wiesz?

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

środa, 4 grudnia 2013

Andrzejki

!-nochi, Na., O.
Zdaje się, że czas najwyższy dodać spóźnioną relację z andrzejek. Naturalnie podchodzę do wróżenia z przymrużeniem oka. Andrzejki to taki czas, w którym można się pobawić z przyjaciółmi, czego wraz z O. i Na. nie mogłyśmy przeoczyć. O mały włos nasz wieczór wróżb by się nie odbył, ale na szczęście jakoś udało się doprowadzić spotkanie do skutku. Nie obyło się bez przebijania serduszka z imionami, wyścigu butów, rzucania skórki od jabłka i przelewania wosku. Obchodzicie andrzejki? Wywróżyliście sobie coś ciekawego? ;)


Jeśli chcesz wygrać wyścig do ołtarza, polecam, tak jak Na.,
włożyć tenisówki, a nie szpilki ;)

Czyżby przeprowadzka w tym roku?
Leciii!
Oto literka, którą sobie "wyrzuciłam" ;)
W tamtym roku był narciarz, w tym... velociraptor?
Tak, zdecydowanie velociraptor. Ktoś potrafi zinterpretować tę figurę? :D
________________________________

Jeśli już wróżysz, to zawsze tak, aby poprawić sobie humor. Nie odwrotnie. ;)

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

środa, 27 listopada 2013

Gloria Victis!

Dziś post nietypowy, ale bardzo potrzebny. Bez zbędnych słów wstępu: najpierw refleksja Adama, potem moja.

* * *
Było to 8 lat temu. Lekcja języka polskiego. Wokoło zebrana klasa 3 e. Każdy z nas wygłasza przemówienie na temat „Kto nas inspiruje, kto jest naszym idolem”. Na środek wychodzi Artur. Pasjonat kolarstwa. Ba! Czynny zawodnik – później mistrz, wice mistrz juniorów, reprezentant Polski. Zaczyna swoje przemówienie od słów „Moim idolem jest Lance Armstrong. Człowiek o niezłomnym charakterze, który pokonał raka…”.

Okres gimnazjum to najpiękniejsze lata szkolne jakie miałem. Najpiękniejsze przez ludzi jakich spotkałem. Między innymi był tam Artur – kolega z ławki. Tysiące godzin przegadanych, absurdalny poziom humoru. Milion szpilek wbijanych sobie nawzajem. Waśni piłkarskich, ale każdy wiedział, że to zabawa. Tak budowaliśmy klimat 3 lat gimnazjum. I jeb… Chichot życia… W wieku 18 lat Artur zaczął zmagać się z ziarnicą – nowotworem złośliwym układu limfatycznego. Jego walka trwała 5 lat. Przegrał. Walczył ze śmiercią z uśmiechem na twarzy. Nigdy nie poznałem nikogo bardziej odważnego. Nie tracił humoru. Zawsze pozytywny, naładowany energią. Był silny fizycznie i psychicznie. Zawsze parł do przodu, motywował innych. Najodważniejszy człowiek jakiego znałem. Brutalny los przewartościował jego marzenia o wygraniu Tour de France, pozostało „chcę żyć”.

Artur był pewny siebie, mówił „Adam, zobaczysz, więcej wygram w kolarstwie niż ty w piłce”. Miałeś racje – wygrałeś puchary, gratuluję. Wygrałeś też coś więcej - szacunek wszystkich, którzy Ciebie znali. Nie złamałeś się pod naporem śmierci. To Ty mi pokazałeś, ze idoli nie trzeba szukać daleko. To Ty pokazałeś mi jak cieszyć się z życia. Jak zamartwiać się swoimi błahymi problemami, kiedy kolega z ławki umiera? Mieliśmy zaszczyt patrzeć na niesamowity wyścig ze śmiercią, w którym pokazałeś kunszt mistrza. Nie wygrałeś, ale przeciwnika dostałeś póki co niemal niezwyciężonego. Walczyłeś. Kiedyś usiądę przed kominkiem za parędziesiąt lat z wnukami przeglądając zdjęcia. Wskazując na Artura powiem: „A to jest mój idol. Największy fighter jakiego znałem.”
Żegnaj Artur. Gloria victis.

* * *

W niedzielę rano kiedy zalogowałam się do Internetu, poczułam jakby ktoś wymierzył mi policzek. Dowiedzieć się o śmierci kumpla z facebooka...? Wśród znajomych mnóstwo przekierowań na lokalną stronę. Nie docierało... Dopiero sportowa witryna onetu, interii i potem strona Artura sprawiła, że uwierzyłam. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Bez Artura nie ma prawa…

Artur, byłeś królem życia. Pomimo tych wszystkich mistrzowskich tytułów, nigdy nie czułeś się lepszy od innych. Dobry humor nigdy Cię nie opuszczał. W trakcie leczenia w ogóle się nie zmieniłeś. Zero strachu. Tylko siła. Uśmiech. I chęć życia. Przegrałeś pięcioletnią walkę, ale i tak zawsze będziesz najlepszy.

Kiedy mieliśmy po szesnaście lat, nie było Cię na balu gimnazjalnym… Miałeś zgrupowanie. Podczas imprezy wszyscy robili sobie mnóstwo zdjęć, każdy z każdym. Gdy po weekendzie wróciliśmy do szkoły, zabrałam aparat specjalnie po to, aby zrobić sobie zdjęcie jeszcze z Tobą, bo Ciebie naprawdę na tym balu brakowało. Nie wiedziałam, że po jedynie siedmiu latach owa fotografia będzie miała tak ogromne znaczenie.

Są tacy ludzie, którzy przez nasze życie przenikają bezszelestnie. Kiedy ich zabraknie, człowiek tylko zaduma się na chwilę, nie odczuje niczego szczególnego i żyje dalej jakby nigdy nic. Ale są i tacy, którzy sprawiali, że nasze życie było ciekawsze, barwniejsze i weselsze. Wspomnienie o nich nigdy się nie zatrze, a takich osób zawsze będzie brakować. Artur, dzięki za przedszkolne kłótnie o czerwony wieszak. Za żarty na lekcjach w gimnazjum, kiedy siedziałeś przede mną z Adamem. Za wspólne przerwy. Za chwile przegadane gdzieś na spacerach wraz z D. kiedy przerywałeś dla nas swój trening. Za mój pierwszy w życiu przeprowadzony wywiad właśnie z Tobą – wtedy mistrzem Polski juniorów w kolarstwie. Za koncerty – ten wspólny Pei oraz ten charytatywny dla Ciebie, w którym miałam zaszczyt pomagać. Powinieneś żyć...

W sercach Twoich przyjaciół i bliskich pozostaniesz na zawsze. Świat wiele stracił wraz z Twoim odejściem. Wysiadłeś na swojej stacji bardzo wcześnie, ale zobacz, jak wiele rąk machało Ci dziś na pożegnanie. Żegnaj, Mistrzu.