Post będzie długi, ponieważ
zebrałam w nim swoje doświadczenia z całej mojej edukacji na szczeblu
podstawowym i średnim. Wpis raczej kieruję do osób, które jeszcze nie są na
studiach. Studenci już wiedzą, że oceny nie odwzorowują naszej inteligencji
oraz nie sprawiają, że dostanie się wymarzoną pracę. Jednak, aby dotrzeć na
studia (a pamiętajcie, że idziemy tam teraz zazwyczaj dlatego, że chcemy mieć
satysfakcję z posiadanej wiedzy, a nie po to, aby dostać pracę marzeń – chyba,
że mówimy o medycynie), trzeba mieć wiedzę, której zasób u ucznia określa się w
skali ocen i oceny te mają podobno odzwierciedlać mniej więcej wyniki naszych
przyszłych testów: kompetencji, dojrzałości... Tak faktycznie zazwyczaj jest.
Chyba, że system oceniania i znajomość podstawy programowej przez nauczycieli w
danej szkole kuleje. Ale ja nie o tym. Do rzeczy:
Są osoby, którym na ocenach nie
zależy, których w szkole zawsze satysfakcjonowała ocena taka jak dopuszczający
czy dostateczny. I w porządku. Ale wiecie? Są osoby, którym naprawdę zależy na
tym, aby mieć lepsze oceny, aby mieć większą wiedzę, jednak za żadne skarby
świata nie są w stanie dowiedzieć się dlaczego im się to nie udaje. Osobiście
uważam, że bycie „kujonem” nie jest ani trochę złe. Choć naturalne jest to, że
ten rodzaj nazewnictwa wziął się tylko i wyłącznie z zazdrości, bo tak jak Ciebie
nie obchodzi to, czy ktoś ma jedynkę na koniec z matematyki, tak kogoś innego
nie powinno obchodzić to, że Ty masz piątkę. Zresztą, osoby zwane kujonami
często są po prostu zdolniejsze i jeśli porównalibyśmy czas, który poświęcają
one na naukę, i tak jest on krótszy niż czas osób posiadających oceny słabsze.
Po prostu często „kujoni” posiadają chłonniejsze umysły i są kujonami nie z
własnej winy. ;)
Dysfunkcje utrudniają naukę
Być może masz dysleksję, ale
nikt tego u Ciebie wcześniej nie stwierdził? Jeśli posiadasz dysleksję,
dysortografię, dysgrafię lub dyskalkulię, będzie Ci znacznie trudniej zdobywać
dobre oceny. Jednak jeśli jesteś ambitny, to nie będzie to nawet dla Ciebie samego
dobra wymówka. Jedna z moich przyjaciółek naprawdę dużo się uczyła, ale
przychodziło jej to z trudem. Ciężko jej było walczyć z nauką angielskiego, niemieckiego,
czytaniem lektur na język polski oraz pisaniem wypracowań jako osobie z dysleksją
i dysortografią, ale nigdy nie uskarżała się na to. I choć trudno było jej
przeskoczyć swoją dysfunkcję, kiedy poświęciła dużo czasu na naukę – były
piątki. Dysfunkcje można wytrenować z wyjątkiem jednej. Dyskalkulia, która
objawia się nieprawidłowym odczytywaniem cyfr, liczb i symboli matematycznych jest
bardzo trudna w wypracowaniu.
Wiek i wahania hormonalne
U nastolatków nauka przychodzi
trudniej. Stwierdza się, że apogeum to wiek gimnazjalny. To oczywiste, że
wolisz wyjść niż ślęczeć nad książkami. I to naturalne, że Twoje myśli uciekają
gdzieś do imprezy u Kaśki, na której będzie Kamil. Da się to jakoś ogarnąć.
Można uczyć się dwa razy po 25 minut przez godzinę z 10-minutową przerwą. Mowa
jednak o nauce tematu, a nie odrabianiu lekcji, bo ten czas należy liczyć osobno. Potem
możesz wyjść na spacer z kimś i wrócić znów na godzinę do takiej nauki, jeśli
będziesz mieć na tyle silnej woli. Nawet godzina dziennie bez sprawdzianu
nazajutrz to lepsze niż nic, a nie czuje się, jakby cały dzień spędziło się na
nauce… Poza tym pamiętaj, że nie masz obowiązku być najlepszy. Może Twoje
ambicje to wcale nie jest średnia 5,0? Może wystarczy 2,5, 3,0 albo 4,0? Ponoć
osoby ze średnią 3,5 w stosunku do tych z wyższą średnią najlepiej radzą sobie
w życiu dorosłym i są najbardziej przedsiębiorcze. :)
Okoliczności i potencjał
Nie ma znaczenia, do której
szkoły idziesz. Jesteś zmuszony do tego, aby pójść do szkoły, która nie cieszy
się dobrą sławą, ponieważ mieszkasz np. w małym mieście? Przykładem na to, że
można się rozwinąć w kwestii przyswajania wiedzy bez wpływu snobistycznej kadry
nauczycielskiej mogę być ja i mój brat. Byliśmy przeciętnymi dzieciakami. Fakt,
nasza klasa ogólnie była dość zdolna, ale my byliśmy tymi „normalnymi”
uczniami. W klasie czwartej, piątej, szóstej były czerwone paski, ale nie
oszukujmy się, nie jest to wyczyn w podstawówce. Przynajmniej pamiętam, że
pierwszy raz w ogóle usiadłam i zaczęłam się uczyć w piątej klasie na historię.
Potem doszła jeszcze matematyka. Nic poza tym. Tak czy owak podstawówkowe oceny
utrzymywały się w pierwszej klasie gimnazjum, ale kiedy na koniec roku
szkolnego miałam wraz z przyjaciółką D. średnią ocen 4,73, zniechęciło mnie to.
Moje koleżanki z klasy nie miały skrupułów i prosiły o podwyższanie ocen mając
o wiele niższą średnią (nawet 4,5), dostawały możliwość pisania referatów, robienia
projektów czy poprawiania sprawdzianów, ale ja tak nie umiałam. Jednak naprawdę
zależało mi na wyróżnieniu, tym bardziej, że brakowało mi 0,02 do czerwonego
paska; było to przecież pierwsze zakończenie roku w GIMNAZJUM. Po prostu bardzo
chciałam. W końcu jednak postanowiłam podejść do nauczycielki przedmiotu, z
którego naprawdę niewiele brakowało mi do podniesienia oceny. Była to moja
wychowawczyni, nauczycielka historii. Zapytałam ją czy jest możliwość, abym
mogła wykonać jakąś pracę, by z czwórki móc mieć na koniec ocenę bardzo dobrą,
na co nauczycielka się nie zgodziła. D. też nie dostała takiej możliwości.
Pierwszy i ostatni raz pozwoliłam sobie na takie upokorzenie i nigdy więcej nie
prosiłam o nic takiego. Zgłębiając dzisiaj tajniki pedagogiki na studiach,
wiem, że nauczycielka źle postąpiła, ale miała do tego prawo. To kwestia
podejścia do zawodu. Dla mnie to był jednak moment zwrotny. Zniechęciłam się,
bo dla mnie nie miało wtedy różnicy czy będę miała średnią 4,73 kolejny raz czy 4.0.
W drugiej klasie w pierwszym semestrze miałam średnią 3,9, na koniec
podciągnęłam na 4,2, bo coś mnie tknęło, że nie chcę mieć tej trójki z przodu,
ale przyznam, że nie uczyłam się wiele. Dużo ściągałam od Adama. W trzeciej
klasie było odrobinkę lepiej, ale moje oceny dokładnie odwzorowały przeciętne umiejętności
na testach gimnazjalnych. W szkole średniej – technikum informatycznym – jednak
ambicje znów się pojawiły. Nie w pierwszej klasie. Dopiero w drugiej. Od
początku zaczęłam się co prawda udzielać w gazetce i tworzyć co tydzień jedną
stronę na temat szkoły do lokalnej gazety gminnej wraz z przyjaciółką Na. i
Adamem. Jednak dopiero w drugiej klasie oprócz gazetki dołączyłam do
wolontariatu i zaczęłam znacznie więcej się uczyć. Naturalnie nie zabrakło
głosów starych znajomych, że pewnie idzie mi tak dobrze, bo szkoła ma niski
poziom. Tyle, że moim znajomym z gimnazjum, którzy poszli ze mną do tego
technikum średnie się nie podnosiły i dalej groziło im powtarzanie klasy. No,
ale cóż, to naturalne, że innych nie obchodzą nasze sukcesy. ;) Skoro mniej ich
bolało myśleć w ten sposób, proszę bardzo. Niezbyt miło było to słyszeć, że
mają mnie za kogoś, kto ma wyróżnienie, bo poszedł do nijakiej szkoły. Owszem,
miała ona nie za ciekawą opinię, ale sama dowiedziałam się dlaczego. Tam
niewielu dostawało takie oceny jak 4 i 5. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić
– to nie była wina nauczycieli. Po prostu taki rodzaj uczniów. Na maturze
zawsze była tam słaba zdawalność. U mnie od drugiej klasy zaczęły się czerwone
paski, Stypendium Donalda Tuska, dobrze zdana matura (lepiej od wielu
licealistów, którzy pisali ją po nauce w „lepszej” szkole) i zaliczony egzamin
zawodowy lepiej od wielu kolegów – wynoszących się tym jacy to z nich są
wspaniali informatycy. Powiem Wam, że nigdy w życiu nie miałam żadnych
korepetycji. W czwartej klasie ja i mój brat byliśmy jedynymi osobami, które
miały czerwony pasek na świadectwie. Dlatego wiele zależy od tego co Was
motywuje do pracy. Możecie iść do najgorszej szkoły, ale jeśli chcecie się
uczyć, tak jak np. Adam możecie pójść na świetne studia i być nazywanym przez
profesorów elitą uczelnianą. Lub możecie nie trafić na te wymarzone tak jak ja,
ale pochwalić się tym, że o publikację Waszego licencjatowego dorobku naukowego walczy doktor.
Co mnie motywuje do nauki? Ja po prostu mam satysfakcję z tych wyników.
Ambicje
Są osoby, które uczą się zawsze
i mają dobre oceny. Są też takie, które nie uczą się wcale, a są najlepsze.
Jednak jeśli Ty nie należysz do tych, które wprowadzają lament w stylu „O matko,
nic się nie uczyłam, nic nie wiem! Wow i tak dostałam piątkę” (swoją drogą
jeśli tak robisz, to wszyscy, którym zależy na ocenach chcą Cię wtedy zabić),
to wiedz, że możesz wszystko wypracować. Kluczem do sukcesu jest Twoja praca.
Jeśli jesteś jak moja przyjaciółka, która ucząc się godzinami i tak nie zawsze
miała piątkę, musisz uczyć się dwa razy tyle na trzy-cztery dni, a nie dzień przed
sprawdzianem (dzięki temu fakty lepiej się poukładają). Najlepiej umieć
wszystko na dwa dni przed testem, a dzień przed tylko utrwalać i powtarzać. Tak
wypracowałam matematykę i z trójki wyciągnęłam się na piątkę. Pod koniec
drugiej klasy mój wynik z próbnej matury z matematyki wynosił… 26%. Ostatecznie
zdałam ją na 72%. W jakieś 1,5 roku (przypominam, że technika są 4-letnie)
podciągnęłam się o niebo w… ponoć nijakiej szkole. Zatem chcieć, to móc. Nie
mam np. głowy Adama do przedmiotów ścisłych. On uczył się szybko. To co on
opanowywał w godzinę, ja ogarniałam w trzy. Kiedy patrzę na jego dzisiejsze
materiały, to czego on uczy się w jeden wieczór, ja bym musiała uczyć się
chyba… w miesiąc. Zatem każdy ma inne możliwości i do tych możliwości powinien
dostosować czas nauki. Mnie np. z języka polskiego wystarczyło przeczytać
lekturę i słuchać na lekcji. Ale biologii już musiałam się uczyć. Adam
zapamiętywał matematykę na zajęciach, ale do polskiego musiał przysiąść. Mnie
nauka dwustu słówek z angielskiego zajmowała pół godziny, Adamowi kilka godzin.
Zatem PLANUJ swoją naukę jeśli CHCESZ mieć dobre oceny. Sam znasz najlepiej swoje możliwości. Ja właśnie tak robiłam.
Wbrew pozorom osoba, która się uczy nie musi nie mieć czasu dla przyjaciół.
Możesz uczyć się codziennie – poza odrabianiem lekcji. Zawsze co najmniej na
trzy dni przed ucz się na sprawdzian – notuj dokładnie kiedy masz wziąć się za
jaką naukę, zapisuj ilość materiału. Uczciwa godzina dziennie (bez zaglądania
na bloga, fb, z wyciszonym telefonem) to nie jest dużo. Niecodziennie masz
sprawdziany, ale codziennie możesz się uczyć. To wiele w Twoim życiu szkolnym
zmieni. Naturalnie są osoby, które będą musiały robić to dłużej. Będzie też
wielu, dla których jest to niemożliwe do osiągnięcia. Pamiętaj, że ucząc się
codziennie, ćwiczysz pamięć i z czasem będziesz uczyć się szybciej. Mnie już
dzisiaj nie przeraża nauczenie się materiału z dziesięciu stron A4 w dwie godziny.
I Ciebie też kiedyś nie będzie. A jeśli już nie przeraża – gratuluję i
zazdroszczę.
Braki
„Za cholerę nie zrozumiem tej
chemii!” – brzmi znajomo? Jednak dzieje się tak, bo nie ma się podstaw. Aby np.
graficznie przedstawić dysocjacje musisz umieć wartościowości pierwiastków.
Wielu ludzi uważa, że nie rozumie, a tak naprawdę po prostu nie chciało im się nauczyć
podstaw, bez których nie ruszy się dalej. Aby zrozumieć, trzeba mieć do tego
bazę. To normalne, że nie obliczysz nawet pola prostokąta, jeśli nie wiesz jaki
jest na niego wzór i co on oznacza. Nie mów więc, że to nauczyciel jest głupi skoro nie
wykonałeś jego poleceń. ;)
Kiedy umiesz?
Wielu mówi „A przecież tyle
czasu się uczyłem!”, kiedy nie jest zadowolony z oceny. Szczerze? Kiedy ja się
uczyłam, zawsze wiedziałam, czy nauczyłam się na piątkę. Podstawówka, gimnazjum
i liceum to nie są studia. Nauczyciel musi powiedzieć co będzie na sprawdzianie
- dokładnie. Musisz zatem nauczyć się wszystkiego co było na lekcji, co masz w
notatkach i co jest na ten temat w podręczniku. Niektórzy nie umieją uczyć się
z maszynopisu – warto robić więc z tekstu podręcznikowego skrócone ręczne
notatki – ja ten sposób odkryłam będąc w piątej klasie, kiedy usiadłam do nauki
historii i nie wiedziałam jak się za tę ilość tekstu książkowego zabrać… Musisz
umieć powtórzyć materiał NA GŁOS, jeśli masz odpowiadać. Dla niektórych nie ma
to znaczenia, ale wiele osób kilka razy przeczyta notatki z lekcji i uważa, że
się uczyło. Nie dla każdego czytanie jest uczeniem. Nie każdy ma też
fotograficzną pamięć. Kiedy uczysz się na sprawdzian, musisz umieć w myśli
powtórzyć wszystkie fakty. Kiedy uczysz się do odpowiedzi ustnej, musisz umieć
to powtórzyć na głos. Ja np. na egzamin pisemny uczę się kilka razy krócej niż
wtedy kiedy muszę odpowiadać, bo trudniej mi zebrać myśli, kiedy muszę
dodatkowo mówić. I podstawa: nigdy nie ucz się na pamięć. Staraj się kojarzyć,
myśleć logicznie, a wiedza zostanie na dłużej.
Nie jest wymówką to, że kończy
się lekcje o 17:00; że ma się zajęcia pozalekcyjne lub korepetycje. Twoja
pierwsza wymówka świadczy o tym, że nie chcesz. :) I masz prawo – nikt nie każe
Ci chcieć. Chyba, że rodzice mają w zwyczaju karać za złe oceny. Mnie jednak
mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie. Nigdy nie wymagała ode mnie bycia
najlepszą, nie porównywała do innych mówiąc „dlaczego masz tylko trójkę, kiedy
Magda dostała piątkę?”. Dla niej najważniejsze było to, abym zdała z klasy do
klasy. I wiecie? Fakt, nie miałam większych problemów z nauką, ale dzięki temu,
że mama pozwalała mi np. nie pójść do szkoły kiedy nie chciało mi się nauczyć
na sprawdzian, miałam więcej motywacji do tego, aby potem nauczyć się jeszcze
lepiej. Jednak zasada była taka, że jeśli nie idę dzisiaj, to w następnym terminie
muszę napisać sprawdzian na pozytywną ocenę.
Dzielę się tym z Wami, ponieważ uważam, że posiadanie
wiedzy jest fajne. Chciałam w ten sposób zmotywować te osoby, które
gdzieś tam w głębi duszy myślą sobie, że chciałyby, bo stać je na więcej. Swego czasu byłam przeciętniakiem. Dziś może nie osiągnęłam
jeszcze tego co bym chciała, ale jakieś małe osobiste sukcesy są, którymi nie
każdy może się pochwalić.
Powiecie mi czy macie jakieś swoje patenty na to jak efektywnie się uczyć?
________________________________
Miej swoje sposoby na mniejsze lub większe sukcesy