Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytycznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2015

Nic nie jest na zawsze

Czas płynie. Nic nie jest na zawsze. A nawet jeśli tak się jednak zdarzy, to niekoniecznie wciąż chcesz mieć to na własność. To jak u niektórych z domem z dzieciństwa. Ciepłe wspomnienia, ale po latach zdarza się, że nie ma do czego wracać, bo w chwili obecnej okazuje się ruiną. Wcale nie chcą tam być, bo lepiej pamiętać to, co dobre. 

Przychodzi czas na weryfikację wszystkiego. Pomagasz - otrzymujesz wdzięczność. Prosisz o radę - zyskujesz ocenę. Zwracasz się o pomoc -odpowiada echo. Któż tego nie zna? Realiści szczęśliwie wyjdą z tego bez uszczerbku na zdrowiu. Pesymistów to nie dotyczy, bo „a nie mówili?”. Optymiści przez jakiś czas mogą stracić swoją siłę, ale odrodzą się z popiołów. Jak zwykle. Daj im tylko odrobinę czasu, a dalej swoim uśmiechem będą irytować wiecznych malkontentów. 

Trzeba iść dalej. Zrobić miejsce na to, co nowe. Poukładać parę spraw, zweryfikować co jest jeszcze wartością, a co sztucznym tworem, z którego duch uleciał już dawno temu. Nowe nadejdzie na pewno.


Siły optymistom.
Niech mają jej tyle, by pozostali sobą

wtorek, 27 stycznia 2015

Nie chcę być

Dlaczego argumentem na to jaki ktoś jest często staje się to jaki być na pewno nie chce? Dlaczego mówiąc o sobie czasami wybieramy nasze przeciwieństwa? Przecież wybierając je bardzo łatwo dotrzeć do tego, co naprawdę mamy na myśli. Owszem, jest to jakiś sposób w chwili, gdy czegoś nie jesteśmy pewni np. w związku ze swoimi planami, marzeniami: "nie chcę być dziennikarzem", "nie chcę mieszkać w Polsce". Wszystko jasne. Jednak mnie konkretnie chodzi o moment, kiedy pozytywnym cechom nadaje się negatywną wartość.

Moje ulubione „nie chcę być kujonem”* wypowiadane przez kogoś, kto posiada niezbyt lotny umysł. To jedno z popularniejszych. Dlaczego nikt nie powie, że „nie chce być mądry”**, choć to znaczy dokładnie to samo? Czyżby brzmiało trochę tak, jakby ktoś obrażał sam siebie, bo przecież tak niewiele brakuje do stwierdzenia, że chce się być głupim? Wychodzi na to, że z dwojga złego lepiej obrazić kogoś innego, by samemu nie poczuć się źle ze sobą.

Tu w mojej głowie pojawia się pewne pytanie. Będę drążyć ten sam przykład. Naprawdę ten ktoś nie chce być mądry, czy też być taki nie potrafi? Czyżby właśnie z tego powodu, że dostrzega się własną niemoc lub nawet wadę pojawia się określenie pejoratywne? Jeśli mnie się nie udaje, to muszę się dowartościować? Można używać zaprzeczeń jednak robienie tego w celu zatuszowania własnej niedoskonałości kosztem innych uważam za dość żałosne.

W naszym słowniku gości wiele określeń, które są uznawane za pozytywne, ale niepożądane bez względu na to w jakim stopniu można tę cechę komuś przypisać. „Kujon”, „pedant”, „kura domowa” to tylko przykłady. Sama zaś uważam, że cechy osób nazywanych w ten sposób są dobre. Wiedza zawsze jest wartością, skrupulatność i dokładność są w cenie. Nie ma też dorosłej samodzielnej kobiety, która nie stałaby się choć w pewnej części kurą domową. Po co więc te wszystkie gry słowne? Sama sądzę, że po to, by podnieść samoocenę poprzez skrytykowanie innych, którzy tę brakującą nam cechę posiadają.

Z ostatniej chwili. Poszłam zaparzyć sobie herbaty, na chwilę zalogowałam się na facebooka, zanim dołączę do tego posta zdjęcie i co widzę? Koleżanka polubiła jakąś fotkę na funpage’u "Nie muszę być chuda, żeby być piękna” (super, podoba mi się to, że dziewczyny chcą pracować nad samoakceptacją, ale, ale…). Pod zdjęciem otyłej osiemnastolatki znalazł się opis autorstwa tejże osoby: "Noszę rozmiar 46. (…) Nie chcę być chudą szkapą – bez obrazy".

Dlaczego użyła akurat takiego stwierdzenia? Naprawdę nie chce czy nie potrafi, choć lekarz zalecał? Pod spodem bardzo merytoryczny komentarz: „Odpowiem na twój opis w tym samym tonie, którego ty użyłaś: a ja nie chcę być taką grubą świnią – bez obrazy”. No cóż. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Ktoś poczuł się urażony i odbił piłeczkę. Tak to już jest, że niektórzy uważają, iż najlepszą obroną jest atak. Trzeba się z tym liczyć. 

Co sądzicie?

Edit 28.01.2015, 4:00
* W moim otoczeniu "kujonami" nazywane były osoby, które po prostu dobrze się uczyły, a nie alienowały się lub uczyły na pamięć. Po kilku komentarzach zamieszczonych pod postem zauważyłam, że w sumie nie znałam nigdy słownikowego kujona. Jednak określenie to funkcjonowało i było używane. Nikt nie weryfikował jak wiele czasu dana osoba poświęca nauce, w jaki sposób przyswaja wiedzę i czy posiada przyjaciół. Hejtowano to, że w ogóle chciała się uczyć i posiadać wiedzę.
** Słowniki podają wiele znaczeń słowa "mądry", które nieraz sobie zaprzeczają. Tutaj mam na myśli erudycję, posiadanie wiedzy o świecie, oczytanie, umiejętność wypowiedzenia się merytorycznie na prawie każdy temat. Nie poruszam kwestii inteligencji, bo według mnie mądrość nie jest jej synonimem.

"Jestem" zamiast "nie chcę być".
Pozdrawiam Was :)

piątek, 12 grudnia 2014

Sposoby na... pożegnanie samotności i rutyny

Mówisz: znów spędzę święta w gronie nielubianych osób? Znajomo brzmi dlaczego noc sylwestrowa znów zapowiada się w towarzystwie Krzysztofa Ibisza?. A może zadajesz sobie pytanie dlaczego nie masz towarzystwa podczas urlopu? Jeśli tak i nie przeszkadza Ci to jakoś szczególnie – w porządku. Jeśli zaś czujesz się z tego powodu nieszczęśliwym człowiekiem, może trzeba się zastanowić nad przyczynami Twojej sytuacji? Nie dla każdego celem życia jest przesiedzenie go w domu przed telewizorem albo wśród osób, których nie znosi. Czas spisywania na kartce noworocznych postanowień niedługo się rozpocznie. Oto moje propozycje jak zadbać o to, by nie czuć się samotnym i nie mieć wrażenia, że życie przelatuje nam przez palce.

1. WYCIĄGAJ RĘKĘ DO LUDZI
To najważniejszy punkt, bez którego nic nie wskórasz. Tylko Ty wiesz, czego tak naprawdę oczekujesz od tych, którzy Cię otaczają. Sam zaplanuj imprezę. Sam zorganizuj święta u siebie i zaproś tylko tych, których chcesz. Każdy potrafi narzekać na to, że nikt go nie zaprosił albo na to w jaki sposób i z kim spotkania organizują inni. Zaplanuj coś i zaangażuj w to tych, na których Ci zależy. Stań się koordynatorem. Twoje działania mogą wprowadzić w życie nowe rodzinne tradycje, mogą przynieść grono nowych znajomych, a może nawet przyjaciół?

2. WSŁUCHAJ SIĘ W SIEBIE
Bądź szczery sam ze sobą. Możesz ogłaszać wszem i wobec, że Twój związek jest idealny albo że jesteś spełnionym singlem. Jeśli tak twierdzisz – powinieneś być szczęśliwy. Jeśli tak się nie czujesz – zastanów się czy nie dojrzałeś do zmiany. Oczywiście, że nie trzeba być samemu, aby być samotnym. Tak samo jak nie trzeba też być samotnym, kiedy jest się samym. Może jednak jesteś w sytuacji, w której ktoś podcina Ci skrzydła albo potrzebujesz kogoś kto Ci tych skrzydeł doda? Świetnie, gdy wystarczy Ci red bull, ale jeśli to za mało, nie bój się przyznać, że w Twoim życiu potrzebne są zmiany.

3. PLANUJ
Jeśli już udało Ci się zaangażować grupę znajomych w organizację wspólnego urlopu nad morzem po to żeby było zarówno taniej jak i weselej, nie powinieneś stosować taryf ulgowych wobec uczestników. Spontan jest wspaniały, jeśli uczestnicy nie pracują albo są szefami sami dla siebie. Są ludzie, którzy nie zawodzą nigdy i są tacy, którzy zawodzą prawie zawsze. Dlatego, żeby Ci drudzy nie zawiedli istotna jest kwestia... pieniędzy. Określony budżet w danym terminie, wcześniejsze wpłacenie zaliczek – pilnuj tego jeśli to Ty jesteś koordynatorem. Bez tego bardzo często ludzie wykruszają się w ostatniej chwili z wyjazdu, a Ty możesz zostać sam z zarezerwowanym na swoje nazwisko hotelem, kupionymi biletami, za które póki co być może sam zapłaciłeś. Tak, kwestia pieniędzy jest dość delikatna dla większości. A być taka wcale nie powinna. Prawdą jest, że tylko naiwni sądzą, iż pieniądze nie są w stanie zniszczyć nawet najlepszej przyjaźni. Jeśli ktoś nie szanuje cudzych dóbr materialnych, które gromadzi się w pocie czoła (nikt z nas przecież nie dostaje pieniędzy za siedzenie na kanapie), pamiętaj, że trzeba wśród znajomych oddzielić ziarno od plew. Co jeżeli masz takich znajomych, którzy zawsze zawodzą albo są bierni? Naucz się czerpać przyjemność z samotnego urlopu. Na wakacjach poznasz wielu podobnych Tobie ludzi. Wypoczywać nie jeżdżą tylko rodziny z dziećmi, pary i zgrane paczki przyjaciół.

4. NIE BAW SIĘ W DOMYŚLANIE
Mów o tym, o czym myślisz, bo nikt z nas nie zaliczał w szkole czytania w myślach drugiego człowieka. Nawet wróż Maciej musi używać do tego kart. Ponadto zauważyłeś, że nawet jeśli masz przyjaciół i rodzinę, z którą żyjesz w zgodzie, czujesz się czasami opuszczony? To dlatego, że Wasze priorytety się różnią. Bliska nam osoba nie wie, że kiedy wspominasz o samotnie spędzonych urodzinach to robisz to po to, żeby ktoś wpadł na pomysł, aby odwiedzić Cię w ten dzień, zamiast tylko zadzwonić z życzeniami – kiedy Ty też w czyjeś urodziny jedynie ślesz sms. Zaproś tę osobę na kawałek ciasta. Trzeba głośno powiedzieć o swoich potrzebach i samemu zatroszczyć się o ich zaspokojenie. Liczenie na to, że ktoś się domyśli jest zazwyczaj domeną kobiet o szczególnie niskim ilorazie inteligencji.

5. SŁOMIANEMU ZAPAŁOWI POWIEDZ „ŻEGNAJ”
Jeśli inni wychodzą ze skóry, a Ty zaczynasz marudzić – szybko znajdą najsłabsze ogniwo w tym łańcuchu. A konsekwencje? Przestaną w swoich planach uwzględniać Ciebie. Marudząc, dajesz znać, że nie chcesz. Jeśli jednak jesteś tą z osób, które nad wyraz szanuję, czyli słomiany zapał spłonął dawno temu lub w ogóle nie odznaczałeś się tą cechą – unikaj też planowania czegokolwiek z ludźmi z tą przypadłością. Jeśli tacy są, ogranicz się do wspólnego wyjścia z nimi na kawę. Nic poza tym, jeśli nie chcesz się rozczarować. Jeśli zaś dałeś się poznać jako osoba, która angażuje się tylko na początku, a potem omija temat, rezygnuje i chcesz się od tej opinii uwolnić, patrz punkt 1.

6. BĄDŹ SKORY DO POŚWIĘCEŃ
Wyzbądź się przekonania, że jeśli nie będzie po mojemu to nie jadę/nie idę/wypisuję się. Wszyscy, którzy poświęcili się w jakikolwiek sposób (są w stanie wziąć urlop w innym terminie niż sobie to wcześniej zaplanowali, przystali na nieco większy budżet, znaleźli w sobie tyle odwagi i powiedzieli cioci Stasi, żeby przyjechała tylko na czas świąt, a nie przyrosła do naszej sofy w salonie do stycznia – jak zwykle) Cię w tym momencie nienawidzą. Pamiętaj, że nie jesteś pępkiem świata i jeśli tylko Ty nie będziesz skory do poświęcenia, więcej nikt nie będzie brał Ciebie lub Twojego zdania pod uwagę. Nie jest to regułą, ale często samotni bywają egocentryczni. Jeśli właśnie z tego powodu nikt Cię nigdzie nie zaprasza – musisz popracować nad sobą, odbudować swoją opinię i… znów patrz punkt 1.

7. DBAJ O WIĘZI
Zastanawiałeś się dlaczego niektóre relacje umierają śmiercią naturalną? Nie chodzi tu o jakiś zgrzyt, kłótnię itp. Chodzi o to, że po prostu Wasze drogi się rozchodzą. Powiem Ci. Kończą się, bo nie dbaliście o siebie nawzajem i nie dawaliście sobie tyle zainteresowania na ile każde z Was zasługiwało. Oboje. Nie pisaliście do siebie sms-ów z pytaniem co słychać chociażby raz na miesiąc, nie znaleźliście godziny na spotkanie się na kawę raz na kilka tygodni. No właśnie. Ne chodzi o to, aby widywać się codziennie czy co tydzień. Liczy się jednak powtarzalność pewnych zachowań. Wtedy można to jeszcze odbudować. Gorzej, gdy to jedna osoba nie wykazuje zainteresowania. Kiedy przyjaźń zeszła na dalszy plan oznacza to, że pojawiły się nowe priorytety. Jak często mamy żal do kogoś, że odsuwa się od nas, bo się zakochał, bo w jego życiu pojawiło się dziecko? Problem tkwi w tym, gdy jedyna przyjaciółka zaczyna nas olewać. Musisz jej powiedzieć co czujesz, bo może nie zdawać sobie sprawy z tego, że dla Ciebie jedno wspólnie wypite latte w kawiarni raz na rok to za mało. Jeśli to nie zmieni jej zachowania – nie ma czego ratować, bo już dawno zostaliśmy zdegradowani w jej hierarchii wartości. Z tym się nie dyskutuje, bo i tak nic nie poradzimy. Nie musisz się odcinać. Możesz zostawić to tak jak jest, ale czas również pójść w swoją stronę. Dać sobie szansę na zaistnienie u boku innych, jeśli jesteś zwierzęciem stadnym i bez towarzystwa usychasz. Pamiętaj jednak, żebyś nigdy nie kierował się zasadą, że liczba otaczających Cię znajomych jest wyznacznikiem tego jak wartościową osobą jesteś. Wystarczy Ci jedna osoba. I tylko wtedy, gdy siebie nawzajem potrzebujecie.

8. ZDEFINIUJ SIEBIE: CZY FAKTYCZNIE PROBLEM TKWI W SAMOTNOŚCI?
Kiedy ostatnio sam zorganizowałeś dla siebie czas tak, aby przełamać rutynę? Jak często mówisz „nie ma co robić” i zamiast zająć się czymś, wyjść gdziekolwiek, powtórzyłeś to jeszcze pięć razy w ciągu tego samego dnia? Znajdź sobie zainteresowanie. Może odkryjesz w sobie pasję. Od tego punktu niedaleko do poznania kogoś, bo… staniesz się ciekawszym człowiekiem. Poza tym wiedziałeś, że inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą?

Niespełnianie powyższych punktów często jest przyczyną tego, dlaczego ludzie czują się źle w sytuacji w jakiej obecnie się znajdują. Jeśli z jakiegoś powodu brakuje im ludzi, trzeba się zastanowić, dlaczego jest ich w naszym życiu tak mało. Są tacy, którym jest dobrze samym ze sobą. Ale tych narzekających na samotność jest wielu. 

Zastanawialiście się, dlaczego ludzie bywają nieszczęśliwi w swojej samotni? Dodalibyście coś jeszcze? Może sami jesteście w podobnej sytuacji albo znacie kogoś, kto wiecznie narzeka na samotność i rutynę, ale nic z tym nie robi?

Śnieżne pół-selfie Inochi ;)

czwartek, 4 grudnia 2014

To są ich słabości

Ktoś częstuje Cię słodyczami. Grzecznie dziękujesz. Jeśli dowie się, że jesteś na diecie usłyszysz, że „raz kiedyś można sobie pozwolić”. To nie jest Twoja słabość. Ty odmówiłeś.

Wychodzisz pobiegać w mroźny wieczór. „Zmarzniesz. Rozchorujesz się” – woła ktoś znajomy spotkany na klatce schodowej. Jednak to on ze swoim słabym charakterem nie wychodzi razem z Tobą.

Lubisz mieć wiedzę. Nauka Cię fascynuje. Ktoś powie, że i tak nic z tego nie będziesz mieć. Nazwie kujonem. Ale czy to Twoja słabość, że zamiast serialu wybierasz książkę?

Komentarze ludzi na temat Twojego dążenia do wymarzonego celu tak często odsłaniają ich własne słabości. Nie mówisz, że masz ochotę na słodycze, ale ktoś sugeruje, że sobie ich odmawiasz i… namawia. Tylko ten, kto nie ma na tyle samozaparcia co Ty uważa, że mroźny dzień nie jest odpowiedni na trening. Ten sam, który na uczelni nazywa Cię kujonem, idzie do domu i daje karę swojemu dziecku za to, że przyniosło do domu słabą ocenę.

Nie wierz w to, że kogoś takiego interesuje Twój sukces. I że w słowach, które mówi faktycznie zawarta jest troska o Twoje potrzeby, Twoje zdrowie, Twój czas. Takich ludzi w Twoim świecie jest niewielu. Wsłuchaj się w to, co mówią, gdy widzą Twoje starania. Dowiesz się wtedy, kto jest na tyle oddanym Ci człowiekiem, by nie udzielać Ci takich „dobrych rad”.


Mglisto, ale pięknie. Aż chce się biec. A choć biega się często, to nieczęsto się chęć zdarza ;)
Choć już jest grudzień, to być musi. Tak bardzo listopadowe.

poniedziałek, 19 maja 2014

Nieświadomie, bez premedytacji

Nie wiem co O. i Na. miały na myśli pstrykając tę fotkę. :)
Nikogo nie obchodzi Twój sukces. Może Ci się wydawać, że ktoś w Ciebie wierzy, ale nie zrobi tego nikt inny poza najbliższymi. Nawet kiedy znajomi obiecają Ci przysłowiowe trzymanie kciuków, uwierz mi – zapomną, że mieli w ogóle o Tobie myśleć w tej ważnej dla Ciebie chwili. Nie ma znaczenia czy zdobyłaś w nagrodę stypendium. Nie jest ważne to, czy właśnie pracujesz z powodzeniem nad dorobkiem naukowym. Nikogo nie obchodzi, że dostałaś fajną pracę; że potrafisz walczyć z własnymi słabościami oraz to, że po prostu jesteś szczęśliwa. Obcy nie chcą o tym słuchać, bo przypominasz im o tym, co takiego im się nie udało. Nie ważne jak wygląda ich życie – i tak zazdroszczą. Nie chcą patrzeć na to kiedy Ci się powiedzie, bo okazuje się, że jednak jest to możliwe do osiągnięcia. Wymówka „za nic się nie uda” może przestać być wystarczająca i, nie daj boże, sprawi, że zaczną myśleć o sobie jak o nieudacznikach lub leniach. A tego przecież bardzo by nie chcieli. Wmawiają sobie przez całe życie, że pewne rzeczy po prostu są nieosiągalne, a Ty nagle przychodzisz do nich z dowodem na to, że spełniły się ich marzenia. Tyle, że jest pewien problem: one spełniły się Tobie, nie im. Będą więc wmawiać, że jesteś nadgorliwa, że masz przerośnięte ambicje, że sobie szkodzisz swoim zachowaniem, bo „chcieć za dużo” to grzech, wada lub zamach na swoje zdrowie. W moim mniemaniu jeśli można o tym powiedzieć w kontekście zamachu to chyba tylko tego na przeciętność. Nieświadomie, bez premedytacji zrób im na złość. Bądź jeszcze bardziej doskonała, ambitna i szczęśliwa.


wtorek, 12 listopada 2013

O ignorancji

Ci, którzy czytają mojego bloga już od jakiegoś czasu, na pewno dostrzegli, że fascynuje mnie kultura Dalekiego Wschodu, w szczególności Japonii. W związku z tym, że moje zainteresowanie sięga lat dziecięcych, byłam w stanie obserwować wiele reakcji na to, czym się interesuję i jak ludzie, którzy niespecjalnie mają jakieś pojęcie o Wschodzie (nie żebym była specjalistką, po prostu nie jestem ignorantką w tej dziedzinie) wypowiadają się na temat tamtejszej kultury, tradycji. Podobny tekst pisałam na swoim innym, 10-letnim już blogu, jednak ze względu na jego tematykę, nie mogłam swoich słów skonfrontować z osobami, których temat nie dosięga na co dzień, gdyż blog prezentuje tematykę Japonii i jest raczej otwarty na zainteresowanych właśnie nią czytelników.

Zauważyłam, że mamy problem z tym, w jaki sposób postrzegać kulturę nie tylko japońską, ale tę odmienną. Nie trzeba być odkrywcą, aby spostrzec, że zachowanie mieszkańców Polski diametralnie różni się od tego przykładowego - japońskiego. Nie sądzę, że wyjaśnię dlaczego tak się dzieje, bo wniosek dotyczący położenia geograficznego, historii oraz tradycji nie będzie błyskotliwy i każdy na pewno już do niego doszedł. Chodzi właśnie o ową ignorancję.

Ludzie widzą Raito - mówią "chiński odpowiednik hermarfodyty".
Nie wiedząc, że to bohater anime "Death Note",  które pełne jest rozlewu
krwi i obfituje w intelektualny pojedynek na wysokim poziomie
Dziś manga oraz anime są bardziej popularne. Każdy wie co to jest, kiedy ja jako dziecko chociaż zdawałam sobie sprawę z tego czym się interesuję, nie miałam pojęcia jak to się nazywa. Kiedyś ludzie nazywali to tylko „głupimi chińskimi bajkami”. Teraz określenie to strasznie denerwuje fanów, choć ja się zupełnie od tego odcinam, to jak walka z wiatrakami. Jednak przedstawia to, że dla większości ludzi Azja jest najwyraźniej postrzegana jako kontynent zawładnięty przez Chińczyków. Chiny kojarzą się najbardziej z Azją, gdyż to chińskie produkty, restauracje próbują zawładnąć naszym rynkiem. Skoro każdy z nas posiada pamiątkę z Chin, choć nigdy nie odwiedził tego państwa, toteż nie ma nic dziwnego w tym, że Chiny są podpięte w naszej świadomości do ogólnej definicji słów „Daleki Wschód”. Polacy przywykli do tego, że wszystko co animowane, jest bajką. Jeśli jeszcze postacie posiadają większą gamę grymasów, min, są właścicielami nienaturalnych fryzur oraz niezwykle dużych oczu, to tym bardziej. Ciężko przyjąć do wiadomości, że coś co jest kreskówką może mieć ograniczenie wiekowe i być przeznaczone dla starszego widza, choć tak właśnie jest. Gatunków mang oraz anime jest więcej niż tych filmowych.

Gejsza
Któż z nas nie usłyszał, że gejsza to po prostu kurtyzana? Wiele osób tak właśnie je kojarzy. Gejsza natomiast sprzedaje swoją sztukę i to nie tę miłosną. Wiele lat przygotowuje się do swojej pracy. Musi potrafić tańczyć, śpiewać, grać na instrumentach. Musi być inteligentna, powinna znać dokładnie psychologię człowieka, umieć odnajdować się w trudnych sytuacjach, bo klient nie zawsze jest towarzyski, a płacąc horrendalną cenę za jej towarzystwo wymaga się od niej profesjonalizmu. Nie każdego klienta uda się rozbawić tym samym żartem, nie każdego interesuje rozmowa o sztuce. Do zbliżeń fizycznych dochodzi niezwykle rzadko jak na kobietę lekkich obyczajów. Naturalnie można powiedzieć, że „dla mnie to i tak jest kurtyzana”, ale zastanówmy się jakie to… zachodnie, żeby nie powiedzieć dosadnie i ironicznie „polskie”. Dla określenia „gejsza” nie ma zachodniego odpowiednika. Nie jest kurtyzaną, luksusową prostytutką itd. Gejsza jest po prostu gejszą.

Ganguro
Słyszeliście o ganguro? Jeśli nie, to kiedy spojrzeliście na obrazek powyżej, na pewno skojarzycie o co chodzi. Oczywiście japońskie dziewczęta posiadające tlenione, przesuszone włosy, spaloną przez solarium skórę i noszące teatralny makijaż nie wyglądają dobrze w moim mniemaniu, ale czy od razu trzeba mówić, iż są to osoby pełne kompleksów, nieszczęśliwe z powodu urodzenia się jako Japonki, na siłę zmieniające swoją urodę, by choć trochę upodobnić się do rówieśniczek z Zachodu? Słyszałam takie opinie w polskiej telewizji, w Internecie, ale również z ust znajomych. Ganguro to jednak rodzaj buntu. W naszym kraju także kontrowersyjne jest to, że ktoś robi sobie w uchu tunel, ale czy to oznacza tym samym, że ktoś robi to tylko po to, aby się do kogoś upodobnić? Niekoniecznie. Stajemy się członkami subkultury, ponieważ tego chcemy; ponieważ jej założenia pasują do naszej wizji świata. Ganguro buntują się przeciwko wszelkim wzorcom japońskim – nie chcą mieć grubych, lśniących, czarnych i gęstych włosów, naturalnej karnacji itp. Ale wcale nie oznacza to, że chcą być bardziej „zachodnie” i być żywymi laleczkami Barbie. To my mamy o sobie zbyt duże mniemanie.

Uwielbiamy posiadać swoje odpowiedniki. Mogłabym powiedzieć, że Amerykanie i Europejczycy (po tym co dostrzegam w mediach), ale powiem po prostu, że większość moich znajomych Polaków w większości nie potrafi odnaleźć się w środowisku, którego nie rozumie i dla którego w takim przypadku nie nada się naszej własnej nazwy. Jeśli słowo ma mieć jakieś znaczenie nieodpowiednim jest je zbytnio upraszczać dla siebie, bo to zbyt ograniczone, jak dla mnie. To wcale nie pozwala nam zrozumieć istoty zjawiska. Nasze tłumaczenie często jest czymś w rodzaju:
-Czym są szachy?
-To takie jakby warcaby.
Niby coś sobie zatem wyobrażamy, ale tak naprawdę nie wiemy o tym nic.

Naturalne jest to, że jeśli nie interesuje nas dana tematyka, nie zagłębiamy się w nią, nie mamy również pojęcia o tym, że powtarzamy nieprawdziwe informacje. Ci, którzy nie interesują się kulturą azjatycką będą się mylić, bo dla nich nie jest to ważne i nie ma znaczenia czy ktoś pasjonuje się tradycją Chin, kulturą Japonii czy też muzyką koreańską. Dla nich wszystko jest „żółte” (kolejne ciekawe określenie, bo czy wszyscy Europejczycy są biali?). ;) Absolutnie nie jesteśmy nic winni wspomnianym przeze mnie Japończykom. Wielu z nich nie wie, że istnieje taki kraj jak Polska jeśli nie posiadają tu rodziny, przyjaciół, znajomych.  Mimo to*:


* Demotywator przedstawia anime Axis Powers Hetalia. Prezentuje ono (co prawda przesadzoną) alegorię historycznych i politycznych wydarzeń, a także porównania kultury różnych krajów. Na pierwszym planie znajduje się reprezentant Polski - Feliks Łukasiewicz urodzony 11 listopada.
________________________________

Otwórz umysł i serce

Jeśli chcesz, polub na Facebooku

poniedziałek, 23 września 2013

O tym, że MOŻNA


Post będzie długi, ponieważ zebrałam w nim swoje doświadczenia z całej mojej edukacji na szczeblu podstawowym i średnim. Wpis raczej kieruję do osób, które jeszcze nie są na studiach. Studenci już wiedzą, że oceny nie odwzorowują naszej inteligencji oraz nie sprawiają, że dostanie się wymarzoną pracę. Jednak, aby dotrzeć na studia (a pamiętajcie, że idziemy tam teraz zazwyczaj dlatego, że chcemy mieć satysfakcję z posiadanej wiedzy, a nie po to, aby dostać pracę marzeń – chyba, że mówimy o medycynie), trzeba mieć wiedzę, której zasób u ucznia określa się w skali ocen i oceny te mają podobno odzwierciedlać mniej więcej wyniki naszych przyszłych testów: kompetencji, dojrzałości... Tak faktycznie zazwyczaj jest. Chyba, że system oceniania i znajomość podstawy programowej przez nauczycieli w danej szkole kuleje. Ale ja nie o tym. Do rzeczy:

Są osoby, którym na ocenach nie zależy, których w szkole zawsze satysfakcjonowała ocena taka jak dopuszczający czy dostateczny. I w porządku. Ale wiecie? Są osoby, którym naprawdę zależy na tym, aby mieć lepsze oceny, aby mieć większą wiedzę, jednak za żadne skarby świata nie są w stanie dowiedzieć się dlaczego im się to nie udaje. Osobiście uważam, że bycie „kujonem” nie jest ani trochę złe. Choć naturalne jest to, że ten rodzaj nazewnictwa wziął się tylko i wyłącznie z zazdrości, bo tak jak Ciebie nie obchodzi to, czy ktoś ma jedynkę na koniec z matematyki, tak kogoś innego nie powinno obchodzić to, że Ty masz piątkę. Zresztą, osoby zwane kujonami często są po prostu zdolniejsze i jeśli porównalibyśmy czas, który poświęcają one na naukę, i tak jest on krótszy niż czas osób posiadających oceny słabsze. Po prostu często „kujoni” posiadają chłonniejsze umysły i są kujonami nie z własnej winy. ;)

Dysfunkcje utrudniają naukę
Być może masz dysleksję, ale nikt tego u Ciebie wcześniej nie stwierdził? Jeśli posiadasz dysleksję, dysortografię, dysgrafię lub dyskalkulię, będzie Ci znacznie trudniej zdobywać dobre oceny. Jednak jeśli jesteś ambitny, to nie będzie to nawet dla Ciebie samego dobra wymówka. Jedna z moich przyjaciółek naprawdę dużo się uczyła, ale przychodziło jej to z trudem. Ciężko jej było walczyć z nauką angielskiego, niemieckiego, czytaniem lektur na język polski oraz pisaniem wypracowań jako osobie z dysleksją i dysortografią, ale nigdy nie uskarżała się na to. I choć trudno było jej przeskoczyć swoją dysfunkcję, kiedy poświęciła dużo czasu na naukę – były piątki. Dysfunkcje można wytrenować z wyjątkiem jednej. Dyskalkulia, która objawia się nieprawidłowym odczytywaniem cyfr, liczb i symboli matematycznych jest bardzo trudna w wypracowaniu.

Wiek i wahania hormonalne
U nastolatków nauka przychodzi trudniej. Stwierdza się, że apogeum to wiek gimnazjalny. To oczywiste, że wolisz wyjść niż ślęczeć nad książkami. I to naturalne, że Twoje myśli uciekają gdzieś do imprezy u Kaśki, na której będzie Kamil. Da się to jakoś ogarnąć. Można uczyć się dwa razy po 25 minut przez godzinę z 10-minutową przerwą. Mowa jednak o nauce tematu, a nie odrabianiu lekcji, bo ten czas należy liczyć osobno. Potem możesz wyjść na spacer z kimś i wrócić znów na godzinę do takiej nauki, jeśli będziesz mieć na tyle silnej woli. Nawet godzina dziennie bez sprawdzianu nazajutrz to lepsze niż nic, a nie czuje się, jakby cały dzień spędziło się na nauce… Poza tym pamiętaj, że nie masz obowiązku być najlepszy. Może Twoje ambicje to wcale nie jest średnia 5,0? Może wystarczy 2,5, 3,0 albo 4,0? Ponoć osoby ze średnią 3,5 w stosunku do tych z wyższą średnią najlepiej radzą sobie w życiu dorosłym i są najbardziej przedsiębiorcze. :) 

Okoliczności i potencjał
Nie ma znaczenia, do której szkoły idziesz. Jesteś zmuszony do tego, aby pójść do szkoły, która nie cieszy się dobrą sławą, ponieważ mieszkasz np. w małym mieście? Przykładem na to, że można się rozwinąć w kwestii przyswajania wiedzy bez wpływu snobistycznej kadry nauczycielskiej mogę być ja i mój brat. Byliśmy przeciętnymi dzieciakami. Fakt, nasza klasa ogólnie była dość zdolna, ale my byliśmy tymi „normalnymi” uczniami. W klasie czwartej, piątej, szóstej były czerwone paski, ale nie oszukujmy się, nie jest to wyczyn w podstawówce. Przynajmniej pamiętam, że pierwszy raz w ogóle usiadłam i zaczęłam się uczyć w piątej klasie na historię. Potem doszła jeszcze matematyka. Nic poza tym. Tak czy owak podstawówkowe oceny utrzymywały się w pierwszej klasie gimnazjum, ale kiedy na koniec roku szkolnego miałam wraz z przyjaciółką D. średnią ocen 4,73, zniechęciło mnie to. Moje koleżanki z klasy nie miały skrupułów i prosiły o podwyższanie ocen mając o wiele niższą średnią (nawet 4,5), dostawały możliwość pisania referatów, robienia projektów czy poprawiania sprawdzianów, ale ja tak nie umiałam. Jednak naprawdę zależało mi na wyróżnieniu, tym bardziej, że brakowało mi 0,02 do czerwonego paska; było to przecież pierwsze zakończenie roku w GIMNAZJUM. Po prostu bardzo chciałam. W końcu jednak postanowiłam podejść do nauczycielki przedmiotu, z którego naprawdę niewiele brakowało mi do podniesienia oceny. Była to moja wychowawczyni, nauczycielka historii. Zapytałam ją czy jest możliwość, abym mogła wykonać jakąś pracę, by z czwórki móc mieć na koniec ocenę bardzo dobrą, na co nauczycielka się nie zgodziła. D. też nie dostała takiej możliwości. Pierwszy i ostatni raz pozwoliłam sobie na takie upokorzenie i nigdy więcej nie prosiłam o nic takiego. Zgłębiając dzisiaj tajniki pedagogiki na studiach, wiem, że nauczycielka źle postąpiła, ale miała do tego prawo. To kwestia podejścia do zawodu. Dla mnie to był jednak moment zwrotny. Zniechęciłam się, bo dla mnie nie miało wtedy różnicy czy będę miała średnią 4,73 kolejny raz czy 4.0. W drugiej klasie w pierwszym semestrze miałam średnią 3,9, na koniec podciągnęłam na 4,2, bo coś mnie tknęło, że nie chcę mieć tej trójki z przodu, ale przyznam, że nie uczyłam się wiele. Dużo ściągałam od Adama. W trzeciej klasie było odrobinkę lepiej, ale moje oceny dokładnie odwzorowały przeciętne umiejętności na testach gimnazjalnych. W szkole średniej – technikum informatycznym – jednak ambicje znów się pojawiły. Nie w pierwszej klasie. Dopiero w drugiej. Od początku zaczęłam się co prawda udzielać w gazetce i tworzyć co tydzień jedną stronę na temat szkoły do lokalnej gazety gminnej wraz z przyjaciółką Na. i Adamem. Jednak dopiero w drugiej klasie oprócz gazetki dołączyłam do wolontariatu i zaczęłam znacznie więcej się uczyć. Naturalnie nie zabrakło głosów starych znajomych, że pewnie idzie mi tak dobrze, bo szkoła ma niski poziom. Tyle, że moim znajomym z gimnazjum, którzy poszli ze mną do tego technikum średnie się nie podnosiły i dalej groziło im powtarzanie klasy. No, ale cóż, to naturalne, że innych nie obchodzą nasze sukcesy. ;) Skoro mniej ich bolało myśleć w ten sposób, proszę bardzo. Niezbyt miło było to słyszeć, że mają mnie za kogoś, kto ma wyróżnienie, bo poszedł do nijakiej szkoły. Owszem, miała ona nie za ciekawą opinię, ale sama dowiedziałam się dlaczego. Tam niewielu dostawało takie oceny jak 4 i 5. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić – to nie była wina nauczycieli. Po prostu taki rodzaj uczniów. Na maturze zawsze była tam słaba zdawalność. U mnie od drugiej klasy zaczęły się czerwone paski, Stypendium Donalda Tuska, dobrze zdana matura (lepiej od wielu licealistów, którzy pisali ją po nauce w „lepszej” szkole) i zaliczony egzamin zawodowy lepiej od wielu kolegów – wynoszących się tym jacy to z nich są wspaniali informatycy. Powiem Wam, że nigdy w życiu nie miałam żadnych korepetycji. W czwartej klasie ja i mój brat byliśmy jedynymi osobami, które miały czerwony pasek na świadectwie. Dlatego wiele zależy od tego co Was motywuje do pracy. Możecie iść do najgorszej szkoły, ale jeśli chcecie się uczyć, tak jak np. Adam możecie pójść na świetne studia i być nazywanym przez profesorów elitą uczelnianą. Lub możecie nie trafić na te wymarzone tak jak ja, ale pochwalić się tym, że o publikację Waszego licencjatowego dorobku naukowego walczy doktor. Co mnie motywuje do nauki? Ja po prostu mam satysfakcję z tych wyników.

Ambicje
Są osoby, które uczą się zawsze i mają dobre oceny. Są też takie, które nie uczą się wcale, a są najlepsze. Jednak jeśli Ty nie należysz do tych, które wprowadzają lament w stylu „O matko, nic się nie uczyłam, nic nie wiem! Wow i tak dostałam piątkę” (swoją drogą jeśli tak robisz, to wszyscy, którym zależy na ocenach chcą Cię wtedy zabić), to wiedz, że możesz wszystko wypracować. Kluczem do sukcesu jest Twoja praca. Jeśli jesteś jak moja przyjaciółka, która ucząc się godzinami i tak nie zawsze miała piątkę, musisz uczyć się dwa razy tyle na trzy-cztery dni, a nie dzień przed sprawdzianem (dzięki temu fakty lepiej się poukładają). Najlepiej umieć wszystko na dwa dni przed testem, a dzień przed tylko utrwalać i powtarzać. Tak wypracowałam matematykę i z trójki wyciągnęłam się na piątkę. Pod koniec drugiej klasy mój wynik z próbnej matury z matematyki wynosił… 26%. Ostatecznie zdałam ją na 72%. W jakieś 1,5 roku (przypominam, że technika są 4-letnie) podciągnęłam się o niebo w… ponoć nijakiej szkole. Zatem chcieć, to móc. Nie mam np. głowy Adama do przedmiotów ścisłych. On uczył się szybko. To co on opanowywał w godzinę, ja ogarniałam w trzy. Kiedy patrzę na jego dzisiejsze materiały, to czego on uczy się w jeden wieczór, ja bym musiała uczyć się chyba… w miesiąc. Zatem każdy ma inne możliwości i do tych możliwości powinien dostosować czas nauki. Mnie np. z języka polskiego wystarczyło przeczytać lekturę i słuchać na lekcji. Ale biologii już musiałam się uczyć. Adam zapamiętywał matematykę na zajęciach, ale do polskiego musiał przysiąść. Mnie nauka dwustu słówek z angielskiego zajmowała pół godziny, Adamowi kilka godzin. Zatem PLANUJ swoją naukę jeśli CHCESZ mieć dobre oceny. Sam znasz najlepiej swoje możliwości. Ja właśnie tak robiłam. Wbrew pozorom osoba, która się uczy nie musi nie mieć czasu dla przyjaciół. Możesz uczyć się codziennie – poza odrabianiem lekcji. Zawsze co najmniej na trzy dni przed ucz się na sprawdzian – notuj dokładnie kiedy masz wziąć się za jaką naukę, zapisuj ilość materiału. Uczciwa godzina dziennie (bez zaglądania na bloga, fb, z wyciszonym telefonem) to nie jest dużo. Niecodziennie masz sprawdziany, ale codziennie możesz się uczyć. To wiele w Twoim życiu szkolnym zmieni. Naturalnie są osoby, które będą musiały robić to dłużej. Będzie też wielu, dla których jest to niemożliwe do osiągnięcia. Pamiętaj, że ucząc się codziennie, ćwiczysz pamięć i z czasem będziesz uczyć się szybciej. Mnie już dzisiaj nie przeraża nauczenie się materiału z dziesięciu stron A4 w dwie godziny. I Ciebie też kiedyś nie będzie. A jeśli już nie przeraża – gratuluję i zazdroszczę.

Braki
„Za cholerę nie zrozumiem tej chemii!” – brzmi znajomo? Jednak dzieje się tak, bo nie ma się podstaw. Aby np. graficznie przedstawić dysocjacje musisz umieć wartościowości pierwiastków. Wielu ludzi uważa, że nie rozumie, a tak naprawdę po prostu nie chciało im się nauczyć podstaw, bez których nie ruszy się dalej. Aby zrozumieć, trzeba mieć do tego bazę. To normalne, że nie obliczysz nawet pola prostokąta, jeśli nie wiesz jaki jest na niego wzór i co on oznacza. Nie mów więc, że to nauczyciel jest głupi skoro nie wykonałeś jego poleceń. ;)

Kiedy umiesz?
Wielu mówi „A przecież tyle czasu się uczyłem!”, kiedy nie jest zadowolony z oceny. Szczerze? Kiedy ja się uczyłam, zawsze wiedziałam, czy nauczyłam się na piątkę. Podstawówka, gimnazjum i liceum to nie są studia. Nauczyciel musi powiedzieć co będzie na sprawdzianie - dokładnie. Musisz zatem nauczyć się wszystkiego co było na lekcji, co masz w notatkach i co jest na ten temat w podręczniku. Niektórzy nie umieją uczyć się z maszynopisu – warto robić więc z tekstu podręcznikowego skrócone ręczne notatki – ja ten sposób odkryłam będąc w piątej klasie, kiedy usiadłam do nauki historii i nie wiedziałam jak się za tę ilość tekstu książkowego zabrać… Musisz umieć powtórzyć materiał NA GŁOS, jeśli masz odpowiadać. Dla niektórych nie ma to znaczenia, ale wiele osób kilka razy przeczyta notatki z lekcji i uważa, że się uczyło. Nie dla każdego czytanie jest uczeniem. Nie każdy ma też fotograficzną pamięć. Kiedy uczysz się na sprawdzian, musisz umieć w myśli powtórzyć wszystkie fakty. Kiedy uczysz się do odpowiedzi ustnej, musisz umieć to powtórzyć na głos. Ja np. na egzamin pisemny uczę się kilka razy krócej niż wtedy kiedy muszę odpowiadać, bo trudniej mi zebrać myśli, kiedy muszę dodatkowo mówić. I podstawa: nigdy nie ucz się na pamięć. Staraj się kojarzyć, myśleć logicznie, a wiedza zostanie na dłużej.

Nie jest wymówką to, że kończy się lekcje o 17:00; że ma się zajęcia pozalekcyjne lub korepetycje. Twoja pierwsza wymówka świadczy o tym, że nie chcesz. :) I masz prawo – nikt nie każe Ci chcieć. Chyba, że rodzice mają w zwyczaju karać za złe oceny. Mnie jednak mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie. Nigdy nie wymagała ode mnie bycia najlepszą, nie porównywała do innych mówiąc „dlaczego masz tylko trójkę, kiedy Magda dostała piątkę?”. Dla niej najważniejsze było to, abym zdała z klasy do klasy. I wiecie? Fakt, nie miałam większych problemów z nauką, ale dzięki temu, że mama pozwalała mi np. nie pójść do szkoły kiedy nie chciało mi się nauczyć na sprawdzian, miałam więcej motywacji do tego, aby potem nauczyć się jeszcze lepiej. Jednak zasada była taka, że jeśli nie idę dzisiaj, to w następnym terminie muszę napisać sprawdzian na pozytywną ocenę.

Dzielę się tym z Wami, ponieważ uważam, że posiadanie wiedzy jest fajne. Chciałam w ten sposób zmotywować te osoby, które gdzieś tam w głębi duszy myślą sobie, że chciałyby, bo stać je na więcej. Swego czasu byłam przeciętniakiem. Dziś może nie osiągnęłam jeszcze tego co bym chciała, ale jakieś małe osobiste sukcesy są, którymi nie każdy może się pochwalić.

Powiecie mi czy macie jakieś swoje patenty na to jak efektywnie się uczyć?
________________________________

Miej swoje sposoby na mniejsze lub większe sukcesy

Jeśli chcesz,
polub na Facebook'u

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kobieta u boku frajera

Zastanawia mnie sprawa beznadziejnych związków. Na pewno każdy z Was miał okazję poznać dziewczynę, która narzeka na swojego faceta, ale przecież nie zakończy relacji, bo to nie takie proste. Teraz to nie takie proste, ale na pewno łatwiejsze będzie kiedy pojawi się dziecko, wspólny kredyt, prawda? Czasem słyszę, kiedy dziewczyny o swoich chłopakach mówią per „idiota”, „frajer”. Rozumiem, że takie określenie może pojawić się wówczas, kiedy rozstały się z owym osobnikiem z jego winy. Jednak często okazuje się tak, że kobiety potrafią w imię miłości wybaczyć zdradę, skłonność do nadmiernego picia alkoholu, korzystania z „dobrodziejstw” cięższych używek czy po prostu nawet brak szacunku do nich. Bo przecież powiedział, że się zmieni. Kobieto, jeśli zerwaliście i nazwałaś swojego byłego faceta frajerem (domyślam się, że z ważnego powodu), nie uważasz, że wracając do niego nie jesteś już kobietą w związku, ale kobietą u boku frajera? To trochę brak szacunku do samej siebie. Przecież sama go tak nazwałaś! Są pary, które potrafią rozejść się z klasą, ale nie o nich teraz mówię.

Bardzo irytuje mnie posługiwanie się tekstami typu „każdy facet to świnia” lub bardzo negatywnie nacechowane krótkie i niedokończone wyrażenie „faceci…” jakby miało ono wyjaśniać całą sytuację. Swoją drogą moim zdaniem powiedzenie, że każdy facet to świnia deklaruje, że tym samym nigdy się z nikim nie zwiążę, bo w chlewie raczej szczęśliwa nigdy nie będę. Chyba, że za chwilkę, z nowo poznanym partnerem zapadam się we własnej hipokryzji? Może mnie dane było poznać naprawdę fajnych chłopaków? Nie obyło się bez kilku nienormalnych indywiduów, ale zasadniczo mam dookoła siebie facetów szanujących kobiety, inteligentnych, błyskotliwych i takich, o których nawet przez myśl nie przyszłoby mi powiedzieć „frajer”. Znów powołam się na inspirującego facebooka, na którym to po skończonym związku padają obelgi nie w kierunku byłego partnera lub partnera, z którym jest się w stanie wojny, ale w kierunku całej męskiej rasy. Mężczyźni są mniej wylewni, ale w sumie też podobne zachowanie nieraz się pojawia w stosunku do kobiet.

Stereotypy mnie wkurzają. Tak jak ja nie jestem kobietą, która każe się domyślać; nie jestem uzależniona w żaden sposób od zakupów i nie należę do tych, co to kolekcjonują buty na obcasach, ale nie włożą ich na spacer, bo przecież chodniki takie krzywe i para się zniszczy, tak samo nie uważam, że każdy mężczyzna ma być tym samym źródłem wszystkich problemów i że „facet to świnia”. Przecież na społeczeństwo składa się jednak mnóstwo osobnych jednostek. Stereotypy często są postrzegane negatywnie, gdy w grę wchodzi rasizm. Ale w tej kwestii, która poruszyłam niewielu uważa, że to nietaktowne.

Co o tym sądzicie?

Pozdrawiam:



Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOK'u

środa, 15 maja 2013

Narzekacie? ;)

Narzekanie mnie denerwuje. Nie macie wrażenia, że zasadniczo prawie każdy ma do powiedzenia jakieś „ale”? Niektórzy zimą narzekają, że jest zimno, ale latem, że za gorąco. Pchają się na studia, a potem marudzą, że im ciężko albo prawie płaczą, że trzeba pojechać/pójść na wykłady. Z pracy przynoszą same kiepskie nowiny: nic na temat tego, co było OK, tylko w zasadzie spotkanie ze znajomym zaczyna się od narzekania jaka to szefowa jest głupia, jaki klient niemiły albo płaca mała. Narzekanie naprawdę tak wiele zmienia? Jak się nie podoba, trzeba wtedy coś zmienić. Szczerze? Ja już mam dość słuchania o tym jak nieszczęśliwi są ludzie z powodu absurdów… Słuchanie tego naprawdę męczy... Ręka do góry, kto lubi swoje życie takim jakim ono jest. Napiszcie co takiego lubicie w swoim życiu, bo tracę wiarę w to, że większość w ogóle coś w nim docenia…

 Zapraszam po odpowiedzi Adama w komentarzach osoby zainteresowane jego >>Art Latte<<.
Tutaj zaś możecie polubić mnie na facebooku.

niedziela, 3 marca 2013

Epidemia anoreksji...

Która z nas nie usłyszała "przestań, bo wpadniesz w anoreksję", kiedy wreszcie trochę schudła i zaczęła zmierzać do swojego celu, którym było dla jednej 62 kg, dla drugiej 55 kg, czy tak jak dla mnie – 48 kg. Cholera, przestańcie wmawiać każdej dziewczynie, że skoro się odchudza, to ma problemy psychiczne. Dziś bardzo trudno przetłumaczyć ludziom, że nie każda odchudzająca się kobieta robi to dlatego, że mamy taki, a nie inny kanon piękna i że chce zostać porcelanowym motylkiem. Czasem zastanawiam się gdzie ludzie mają mózgi. Przytoczę moją ostatnią rozmowę z koleżankami z roku:
-Gosiu, odchudzasz się jeszcze?
-Tak – odpowiada Małgosia.
-Ile jeszcze chcesz schudnąć? – zapytałam, bo doskonale rozumiem stan, w którym koleżanka się znajduje.
-Jeszcze dwa kilogramy – mówi Gosia, na co odpowiadam z uśmiechem:
-Już nie dużo, ale trzymam kciuki, bo czasem te ostatnie są najtrudniejsze do zgubienia – na co Gosia potakuje.
W tym momencie odzywa się przysłuchująca się nam trzecia osoba:
-Gośka, a z czego ty się chcesz odchudzasz!? – te słowa działają na mnie jak płachta na byka.
-Z tego, co JEJ przeszkadza – odpowiadam za Gosię, na co ona kiwa głową. – Nie czepiaj się jej. To ona ma się dobrze czuć we własnym ciele. Przecież nie jest patykiem. Po cholerę dyktować jej jak ma żyć?
-Trzeba zwracać uwagę, bo może wpaść w anoreksję! – oponuje życzliwa koleżanka.
-Nie sugeruj zdrowej dziewczynie, że ma problemy psychiczne tylko dlatego, że chce schudnąć dwa, pięć albo dziesięć kilogramów – tu nastaje konsternacja ze strony „Życzliwej”.
Gosia to radosna, wesoła i optymistycznie nastawiona do świata dziewczyna. Trzeba być idiotą, żeby zasugerować, że tak pewna siebie i silna kobieta może popaść w anoreksję… z powodu dwóch kilogramów. Czy moda na sugerowanie anoreksji każdej kobiecie tylko dlatego, że chce o siebie zadbać nigdy się nie skończy? Szlag mnie trafia kiedy słyszę to od innych osób. Pamiętam kiedy mówiono o mojej przyjaciółce i o mnie, że niby wyglądamy dobrze, ładnie, że nam nasze kilogramy pasują, a kiedy nagle schudłam dziesięć, Ola zaś pozbyła się chyba szesnastu, nagle te same osoby zaczęły mówić, że teraz wyglądamy korzystniej i że dobrze się stało, iż się ZA SIEBIE WZIĘŁYŚMY. TE SAME OSOBY. No i pojawiły się też owe Życzliwe: kiedy już doszłyśmy, ja do 48 kg, Ola do 46 kg miały miejsce komentarze innych: „Ola, jedz coś!”, „Ewa, Ty coś jesz w ogóle?”. Nie, do cholery. Żywimy się powietrzem. Żadna z nas nie miała niedowagi, jadała normalnie. Oli ostatecznie nie podobała się jej waga i przybrała chyba pięć kilogramów. Schudłyśmy mając po około 17 lat. Do dziś (czyli już ponad pięć lat) utrzymujemy ten stan. Teraz wiem o co chodzi. Zazdrość, że nam się udało… Jeśli macie w zwyczaju martwić się na zapas sugerując anoreksję, muszę Wam powiedzieć, że naprawdę obrażacie tym większość zdrowych psychicznie kobiet.

czwartek, 28 lutego 2013

"Coś mi wypadło"

Miałam przygotować dla Was kolejny post z projektu, jednak nie wyszło. Otóż miałam wziąć udział w warsztatach z dramy, miało być fajnie, zabawnie, kreatywnie, jednak tak się stało, że nie dojechałam na nie. Osoby odpowiedzialne za poprowadzenie nas do miejsca, w którym miało odbyć się to wydarzenie (a przy okazji miały dołączyć się do grupy, aby było taniej – no cóż, praktyczność w moim życiu jest ważna), po prostu nas olały. Z pięciu osób w ostatniej chwili zostały tylko trzy. Nawigacja zaś wywiozła nas w pole i zanim się obejrzałyśmy, byłyśmy już grubo spóźnione choć zostawiłyśmy sobie w zapasie około 45 minut. Po prostu nie wypadało już wejść na zajęcia – o ile byśmy tam w ogóle dojechały. Wyłączyłyśmy navi, przestałyśmy dopytywać przechodniów, którzy chyba tak jak i my byli nietutejsi, bo każdy kierował nas gdzie indziej i zawróciłyśmy o własnych siłach. Pierwszy raz coś takiego nam się zdarzyło, bo nawigacja teraz rzadko zawodzi. Tak czy owak kolejny przykład na to, że jeśli umiesz liczyć, licz na siebie. Nie znoszę, gdy ktoś się w ostatniej chwili wycofuje z umówionego spotkania – zresztą rozumiem spacer, ale nie wyjazd umawiany przez ponad tydzień. Gdybyśmy wiedziały wcześniej, przygotowałybyśmy się. Poza tym miałyśmy też innych chętnych, którzy również by się z nami zabrali, ale odmówiłyśmy im z powodu braku miejsc w aucie. Swoją drogą z nimi dojechałybyśmy bez problemu (hmm… o ile i oni by się nie wypięli). W ostatniej chwili czyli na 20 minut przed odjazdem zostały już tylko trzy zdezorientowane studentki oraz nieszczęsna nawigacja, na którą też (sic!) liczyłyśmy, bo któż mógłby sprawdzać trasę czy nawet numery przystanków tramwajowych (zostawienie samochodu w centrum i skorzystanie z tramwaju też by było przecież dobrym wyjściem w ostateczności), kiedy nie ma na to czasu i możliwości? Naprawdę już tylko na własnych przyjaciołach oraz na wybranych członkach rodziny można polegać? Znajomi też miewają Was w d…? Jeśli ludzie w wieku 30+ i 40+ są nieodpowiedzialni, to czego wymaga się od nieco młodszych? Na swoje usprawiedliwienie: nie wybierałam ich sobie… Połączył nas kierunek studiów. Przyszłe nauczycielki… Swoje ewentualne klasy też zostawią przed wycieczką, bo „COŚ im wypadło”? Nieomieszkałam wyrazić swojej dezaprobaty w SMS-ie zwrotnym.

 Jak wypadło to podnieś i nie rób sobie jaj!
Cały czas mnie zastanawia czym było owe COŚ...