Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

Chill

Od poprzedniego postu minął już ponad miesiąc. Wiele się zmieniło. Zaczęłam nową pracę, obroniłam magisterkę, rozpoczęłam studia podyplomowe i kurs na certyfikat B2 z języka angielskiego. Zaraz po obronie moja pani recenzent zaproponowała mi publikację naukową oraz zaoferowała możliwość prowadzenia zajęć na uczelni. Jeszcze nie mam pojęcia czy to aby na pewno wyjdzie, bo wolę się nie nastawiać jakoś szczególnie, ale sama propozycja to wielkie wyróżnienie, bo okazuje się, że ktoś dostrzegł i docenił moją pracę. Po obronie byłam na cudownym spotkaniu z okazji zakończenia studiów. Piękne miejsce, wspaniali ludzie i cudowna atmosfera. Kilka godzin, a ja po powrocie czułam się jak po kilku dniach na wczasach. Na spotkaniu miała miejsce niespodzianka w formie wieczoru panieńskiego. Z naszej czternastoosobowej zawsze razem trzymającej się od pięciu lat na studiach grupy dwie biorą ślub w tym samym dniu. Czekam na zdjęcia z tego wydarzenia i nie mogę się doczekać, aż tak naprawdę sama je zobaczę. Niespodzianka bardzo miła. Piszcie co u Was. Mnie dzieli tydzień od własnego ślubu. Co ciekawe: zero stresu. :)

Wakacje!

Pamiątka z pożegnalnej imprezy...

...a na plecach napisane przez innych to, co sądzą o właścicielu bluzeczki. Zasada była taka, że wpisuje się tylko dobre skojarzenia. ;) Trzeba było wykazać się cierpliwością, bo każdy przeczytał dopiero w domu to co o nim napisano.

wtorek, 16 czerwca 2015

Różności

Długo mnie nie było. Nie z racji braku motywacji do pisania, ale z takiego powodu, że wiele się działo. Ostatni post datowany jest na 1 maja. Minęło więc półtora miesiąca. Gdybym zapytała Was o to, jak sądzicie, gdzie udało mi się znaleźć pracę, to co byście odpowiedzieli?

a) w butiku jako ekspedientka
b) na poczcie jako pracownik ds. rozliczeń
c) w bawialni dla dzieci jako animatorka
d) w szkole podstawowej jako nauczyciel - wychowawca

A gdybym powiedziała, że jest jeszcze wariant "e", czyli "wszystkie odpowiedzi są prawdziwe"? To się właśnie wydarzyło. Przez kilka miesięcy nie mogłam znaleźć dosłownie nic, telefon milczał. Natomiast teraz? W ciągu tego czasu nie wiedziałam co robić. Najpierw przyszła oferta z poczty, ale lada chwila rezygnowałam z udziału w szkoleniach, bo opcja w butiku była finansowo bardziej opłacalna. Jednak po krótkim czasie okazało się, że przeszłam też pomyślnie żmudną selekcję jako animatorka i… już, już miałam zaczynać pracę, gdy nagle okazało się, że dostałam wymarzoną, wyśnioną, najlepszą na świecie pracę wpisującą się w mój zawód! Wysyłanie i składanie co jakiś czas po 80-100 listów motywacyjnych wraz z CV do szkół na terenie całego województwa przyniosło efekt. Dostać się naprawdę trudno, więc cieszę się, że moja próbna lekcja spodobała się pani dyrektor i że niedługo będę częścią grona pedagogicznego, a od września rozpocznę awans zawodowy. Nareszcie!

Ostatnie tygodnie to też czas załatwiania ślubnych formalności. Już dziś wspomnę, że informacje podawane przez znajomych o naukach przedmałżeńskich, poradni rodzinnej, protokole ślubnym, przymusie mierzenia sobie temperatury i rysowania wykresów w celu planowania rodziny i tym, że księża wyciągają pieniądze za dosłownie wszystko od parafian planujących ślub - w moim przypadku zahaczają o mity i legendy. Nic takiego nie miało miejsca, ale poświęcę temu inny post.

Czerwiec jest również czasem kiedy zmagam się z pracą magisterską. Stop. Nie zmagam się z pracą. Zmagam się ze słabej jakości kontaktem z promotorką. W systemie studiów zaocznych, kiedy na uczelni jest się raz na dwa/cztery tygodnie nieużywanie poczty elektronicznej przez promotora jest bardzo frustrujące. Ale nic to. Trzeba dać radę. Mam czas do 5 lipca. Wierzę, że ambitnie do końca tygodnia zamknę już wszystko i zostawię sobie czas na ostatnie małe korekty.

Na szczęście udało mi się też trochę odpocząć między metodologią, rozmowami kwalifikacyjnymi, prezentowaniem umiejętności zawodowych przed potencjalnymi pracodawcami i sprzedawaniem sukienek. Y. wrócił na chwilę. :) Było sobie morze z okazji osiągnięcia ćwierćwiecza...

Biegaliście kiedyś boso po plaży?
Tak się rozpędziłam, że nim się obejrzałam dobiegłam do innej miejscowości.
Urodzinowy sześciokilometrowy trening.

I bonus... Taka różnica.


środa, 2 lipca 2014

Wakacje!

Powiedzenie „obyś cudze dzieci uczył” absolutnie nie posiada dla mnie wydźwięku negatywnego. Zakończyłam swoją pracę w szkole i uważam, że nie ma lepszego zatrudnienia na świecie. Papierologia i wypisywanie świadectw? Nic nie jest mi straszne! Trudno było się żegnać. Zarówno z gronem pedagogicznym, jak i z dziećmi. Uczniów miałam cudownych. Życzyłabym sobie takich jeszcze kiedyś. Każdego malucha – bez wyjątku – będę wspominać naprawdę dobrze. Nauczyłam się wiele przez te 3,5 miesiąca i już wiem, że praktyki studenckie są w związku z tym niczym. Cieszę się, że dane mi było trafić właśnie na tę klasę, bo w niej mogłam nauczyć się znacznie więcej niż w innych. Bo to naprawdę nie było tak, że tylko ja uczyłam. Wiele nauczyły mnie same dzieci. Trafiłam też na wspaniałe grono pedagogiczne. Ludzie zawsze służyli dobrą radą, pomocą i zawsze byli życzliwi. Wspomnienia zachowuję, zapisuję tutaj i w sercu, bo naprawdę warto. To co dobre szybko się kończy. Pamiętajcie: nigdy nie wiecie co przyniesie jutro. Mnie 3,5 miesiąca temu przyniosło właśnie taką przygodę. Liczę, że kolejne przede mną.

Tymczasem: zasłużone wakacje. Sesja zaliczona na 5.0, rok akademicki łącznie na 4,94. Bardzo mnie to cieszy, bo pomimo iż nie mam zapewnionej pracy – będzie zapewnione stypendium rektorskie. W tym roku jestem tego pewna, bo do średniej dojdzie sympozjum szkoleniowo-naukowe oraz naukowa publikacja. Opłaciło się poświęcać temu wszystkiemu cały wolny czas.

Jakie macie nietypowe plany na to lato? Ja na razie żadnych. Może mnie zainspirujecie?

Pozdrawiam!
Maluch ocalony przez Y.

wtorek, 27 maja 2014

Na krawędzi świata

Można czasem usiąść na krawędzi świata

Poprzedni tydzień minął na zdobywaniu referencji. Zawsze obiecuję sobie, że będę to robić na bieżąco, a i tak ostatecznie zapominam. Tak czy owak – wysłane, oby się przydały… W sobotę wzięłam udział w moim pierwszym naukowym sympozjum. To oznacza, że publikacja tuż tuż. Mam nadzieję dotknąć okładki jeszcze przed nowym rokiem akademickim - trzymam za to kciuki. Udało mi się zaliczyć w jednym semestrze wszystkie praktyki studenckie, a co za tym idzie przyszły rok będzie niemal bezstresowy – zostanie tylko pisanie pracy magisterskiej. Temat znów mam przyjemny, tak jak w przypadku licencjatu, zatem będzie ciekawie. W niedzielę dostałam pierwszego kwiatka będąc w roli wychowawcy klasy – dwoje dzieci zaprosiło mnie na mszę komunijną. Poza tym przebrnęłam przez pierwszy klasowy Dzień Matki, podczas którego okazało się, że do mojej klasy chodzi chłopiec, z którego bratem chodziłam do klasy w gimnazjum. Mama już zapowiedziała, że na następne zebranie przyśle właśnie jego. :) Dzieje się dużo. Za chwilę uciekam do fitness clubu, bo mam godzinkę zajęć, a co u Was?
Ten spacer z O. nie zapowiadał tak ciekawego efektu na zdjęciach

niedziela, 30 marca 2014

"Zapachniało, zajaśniało, wiosna, ach to ty"

Wiosna! Jest tak pięknie, że aż nie chce się siedzieć w domu i ślęczeć nad pracą z psychologii rozwojowej, którą oddać należy w sobotę. Samo się jednak nie napisze, a na więcej wolnego czasu nie będę mogła liczyć w tygodniu. Mam go tak mało, że od poniedziałku do piątku nie jestem w stanie zająć się czymkolwiek innym, co nie jest pracą albo innym obowiązkiem.

Praca w szkole bywa czasami nieco męcząca, ale jest naprawdę satysfakcjonująca. Utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie to, co chciałam zawsze robić.

Nigdy nie przepadałam za doniczkowymi roślinami. Coś mi się jednak poprzestawiało. Dostałam od Y. muchołówkę oraz rosiczkę i oszalałam na punkcie wybierania odpowiednich doniczek, przesadzania, poznawania w jaki sposób należy się nimi zajmować. Jestem na etapie zaglądania do nich kilka razy dziennie, aby zobaczyć czy nie brakuje wody, czy nie zamknęła się któraś pułapka itd. Pewnie za dwa tygodnie mi przejdzie… ;)


Jeszcze miesiąc, ale ja nie mogę doczekać się majówki – tak po prostu, bez większego powodu. A co nowego u Was?


poniedziałek, 23 września 2013

O tym, że MOŻNA


Post będzie długi, ponieważ zebrałam w nim swoje doświadczenia z całej mojej edukacji na szczeblu podstawowym i średnim. Wpis raczej kieruję do osób, które jeszcze nie są na studiach. Studenci już wiedzą, że oceny nie odwzorowują naszej inteligencji oraz nie sprawiają, że dostanie się wymarzoną pracę. Jednak, aby dotrzeć na studia (a pamiętajcie, że idziemy tam teraz zazwyczaj dlatego, że chcemy mieć satysfakcję z posiadanej wiedzy, a nie po to, aby dostać pracę marzeń – chyba, że mówimy o medycynie), trzeba mieć wiedzę, której zasób u ucznia określa się w skali ocen i oceny te mają podobno odzwierciedlać mniej więcej wyniki naszych przyszłych testów: kompetencji, dojrzałości... Tak faktycznie zazwyczaj jest. Chyba, że system oceniania i znajomość podstawy programowej przez nauczycieli w danej szkole kuleje. Ale ja nie o tym. Do rzeczy:

Są osoby, którym na ocenach nie zależy, których w szkole zawsze satysfakcjonowała ocena taka jak dopuszczający czy dostateczny. I w porządku. Ale wiecie? Są osoby, którym naprawdę zależy na tym, aby mieć lepsze oceny, aby mieć większą wiedzę, jednak za żadne skarby świata nie są w stanie dowiedzieć się dlaczego im się to nie udaje. Osobiście uważam, że bycie „kujonem” nie jest ani trochę złe. Choć naturalne jest to, że ten rodzaj nazewnictwa wziął się tylko i wyłącznie z zazdrości, bo tak jak Ciebie nie obchodzi to, czy ktoś ma jedynkę na koniec z matematyki, tak kogoś innego nie powinno obchodzić to, że Ty masz piątkę. Zresztą, osoby zwane kujonami często są po prostu zdolniejsze i jeśli porównalibyśmy czas, który poświęcają one na naukę, i tak jest on krótszy niż czas osób posiadających oceny słabsze. Po prostu często „kujoni” posiadają chłonniejsze umysły i są kujonami nie z własnej winy. ;)

Dysfunkcje utrudniają naukę
Być może masz dysleksję, ale nikt tego u Ciebie wcześniej nie stwierdził? Jeśli posiadasz dysleksję, dysortografię, dysgrafię lub dyskalkulię, będzie Ci znacznie trudniej zdobywać dobre oceny. Jednak jeśli jesteś ambitny, to nie będzie to nawet dla Ciebie samego dobra wymówka. Jedna z moich przyjaciółek naprawdę dużo się uczyła, ale przychodziło jej to z trudem. Ciężko jej było walczyć z nauką angielskiego, niemieckiego, czytaniem lektur na język polski oraz pisaniem wypracowań jako osobie z dysleksją i dysortografią, ale nigdy nie uskarżała się na to. I choć trudno było jej przeskoczyć swoją dysfunkcję, kiedy poświęciła dużo czasu na naukę – były piątki. Dysfunkcje można wytrenować z wyjątkiem jednej. Dyskalkulia, która objawia się nieprawidłowym odczytywaniem cyfr, liczb i symboli matematycznych jest bardzo trudna w wypracowaniu.

Wiek i wahania hormonalne
U nastolatków nauka przychodzi trudniej. Stwierdza się, że apogeum to wiek gimnazjalny. To oczywiste, że wolisz wyjść niż ślęczeć nad książkami. I to naturalne, że Twoje myśli uciekają gdzieś do imprezy u Kaśki, na której będzie Kamil. Da się to jakoś ogarnąć. Można uczyć się dwa razy po 25 minut przez godzinę z 10-minutową przerwą. Mowa jednak o nauce tematu, a nie odrabianiu lekcji, bo ten czas należy liczyć osobno. Potem możesz wyjść na spacer z kimś i wrócić znów na godzinę do takiej nauki, jeśli będziesz mieć na tyle silnej woli. Nawet godzina dziennie bez sprawdzianu nazajutrz to lepsze niż nic, a nie czuje się, jakby cały dzień spędziło się na nauce… Poza tym pamiętaj, że nie masz obowiązku być najlepszy. Może Twoje ambicje to wcale nie jest średnia 5,0? Może wystarczy 2,5, 3,0 albo 4,0? Ponoć osoby ze średnią 3,5 w stosunku do tych z wyższą średnią najlepiej radzą sobie w życiu dorosłym i są najbardziej przedsiębiorcze. :) 

Okoliczności i potencjał
Nie ma znaczenia, do której szkoły idziesz. Jesteś zmuszony do tego, aby pójść do szkoły, która nie cieszy się dobrą sławą, ponieważ mieszkasz np. w małym mieście? Przykładem na to, że można się rozwinąć w kwestii przyswajania wiedzy bez wpływu snobistycznej kadry nauczycielskiej mogę być ja i mój brat. Byliśmy przeciętnymi dzieciakami. Fakt, nasza klasa ogólnie była dość zdolna, ale my byliśmy tymi „normalnymi” uczniami. W klasie czwartej, piątej, szóstej były czerwone paski, ale nie oszukujmy się, nie jest to wyczyn w podstawówce. Przynajmniej pamiętam, że pierwszy raz w ogóle usiadłam i zaczęłam się uczyć w piątej klasie na historię. Potem doszła jeszcze matematyka. Nic poza tym. Tak czy owak podstawówkowe oceny utrzymywały się w pierwszej klasie gimnazjum, ale kiedy na koniec roku szkolnego miałam wraz z przyjaciółką D. średnią ocen 4,73, zniechęciło mnie to. Moje koleżanki z klasy nie miały skrupułów i prosiły o podwyższanie ocen mając o wiele niższą średnią (nawet 4,5), dostawały możliwość pisania referatów, robienia projektów czy poprawiania sprawdzianów, ale ja tak nie umiałam. Jednak naprawdę zależało mi na wyróżnieniu, tym bardziej, że brakowało mi 0,02 do czerwonego paska; było to przecież pierwsze zakończenie roku w GIMNAZJUM. Po prostu bardzo chciałam. W końcu jednak postanowiłam podejść do nauczycielki przedmiotu, z którego naprawdę niewiele brakowało mi do podniesienia oceny. Była to moja wychowawczyni, nauczycielka historii. Zapytałam ją czy jest możliwość, abym mogła wykonać jakąś pracę, by z czwórki móc mieć na koniec ocenę bardzo dobrą, na co nauczycielka się nie zgodziła. D. też nie dostała takiej możliwości. Pierwszy i ostatni raz pozwoliłam sobie na takie upokorzenie i nigdy więcej nie prosiłam o nic takiego. Zgłębiając dzisiaj tajniki pedagogiki na studiach, wiem, że nauczycielka źle postąpiła, ale miała do tego prawo. To kwestia podejścia do zawodu. Dla mnie to był jednak moment zwrotny. Zniechęciłam się, bo dla mnie nie miało wtedy różnicy czy będę miała średnią 4,73 kolejny raz czy 4.0. W drugiej klasie w pierwszym semestrze miałam średnią 3,9, na koniec podciągnęłam na 4,2, bo coś mnie tknęło, że nie chcę mieć tej trójki z przodu, ale przyznam, że nie uczyłam się wiele. Dużo ściągałam od Adama. W trzeciej klasie było odrobinkę lepiej, ale moje oceny dokładnie odwzorowały przeciętne umiejętności na testach gimnazjalnych. W szkole średniej – technikum informatycznym – jednak ambicje znów się pojawiły. Nie w pierwszej klasie. Dopiero w drugiej. Od początku zaczęłam się co prawda udzielać w gazetce i tworzyć co tydzień jedną stronę na temat szkoły do lokalnej gazety gminnej wraz z przyjaciółką Na. i Adamem. Jednak dopiero w drugiej klasie oprócz gazetki dołączyłam do wolontariatu i zaczęłam znacznie więcej się uczyć. Naturalnie nie zabrakło głosów starych znajomych, że pewnie idzie mi tak dobrze, bo szkoła ma niski poziom. Tyle, że moim znajomym z gimnazjum, którzy poszli ze mną do tego technikum średnie się nie podnosiły i dalej groziło im powtarzanie klasy. No, ale cóż, to naturalne, że innych nie obchodzą nasze sukcesy. ;) Skoro mniej ich bolało myśleć w ten sposób, proszę bardzo. Niezbyt miło było to słyszeć, że mają mnie za kogoś, kto ma wyróżnienie, bo poszedł do nijakiej szkoły. Owszem, miała ona nie za ciekawą opinię, ale sama dowiedziałam się dlaczego. Tam niewielu dostawało takie oceny jak 4 i 5. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić – to nie była wina nauczycieli. Po prostu taki rodzaj uczniów. Na maturze zawsze była tam słaba zdawalność. U mnie od drugiej klasy zaczęły się czerwone paski, Stypendium Donalda Tuska, dobrze zdana matura (lepiej od wielu licealistów, którzy pisali ją po nauce w „lepszej” szkole) i zaliczony egzamin zawodowy lepiej od wielu kolegów – wynoszących się tym jacy to z nich są wspaniali informatycy. Powiem Wam, że nigdy w życiu nie miałam żadnych korepetycji. W czwartej klasie ja i mój brat byliśmy jedynymi osobami, które miały czerwony pasek na świadectwie. Dlatego wiele zależy od tego co Was motywuje do pracy. Możecie iść do najgorszej szkoły, ale jeśli chcecie się uczyć, tak jak np. Adam możecie pójść na świetne studia i być nazywanym przez profesorów elitą uczelnianą. Lub możecie nie trafić na te wymarzone tak jak ja, ale pochwalić się tym, że o publikację Waszego licencjatowego dorobku naukowego walczy doktor. Co mnie motywuje do nauki? Ja po prostu mam satysfakcję z tych wyników.

Ambicje
Są osoby, które uczą się zawsze i mają dobre oceny. Są też takie, które nie uczą się wcale, a są najlepsze. Jednak jeśli Ty nie należysz do tych, które wprowadzają lament w stylu „O matko, nic się nie uczyłam, nic nie wiem! Wow i tak dostałam piątkę” (swoją drogą jeśli tak robisz, to wszyscy, którym zależy na ocenach chcą Cię wtedy zabić), to wiedz, że możesz wszystko wypracować. Kluczem do sukcesu jest Twoja praca. Jeśli jesteś jak moja przyjaciółka, która ucząc się godzinami i tak nie zawsze miała piątkę, musisz uczyć się dwa razy tyle na trzy-cztery dni, a nie dzień przed sprawdzianem (dzięki temu fakty lepiej się poukładają). Najlepiej umieć wszystko na dwa dni przed testem, a dzień przed tylko utrwalać i powtarzać. Tak wypracowałam matematykę i z trójki wyciągnęłam się na piątkę. Pod koniec drugiej klasy mój wynik z próbnej matury z matematyki wynosił… 26%. Ostatecznie zdałam ją na 72%. W jakieś 1,5 roku (przypominam, że technika są 4-letnie) podciągnęłam się o niebo w… ponoć nijakiej szkole. Zatem chcieć, to móc. Nie mam np. głowy Adama do przedmiotów ścisłych. On uczył się szybko. To co on opanowywał w godzinę, ja ogarniałam w trzy. Kiedy patrzę na jego dzisiejsze materiały, to czego on uczy się w jeden wieczór, ja bym musiała uczyć się chyba… w miesiąc. Zatem każdy ma inne możliwości i do tych możliwości powinien dostosować czas nauki. Mnie np. z języka polskiego wystarczyło przeczytać lekturę i słuchać na lekcji. Ale biologii już musiałam się uczyć. Adam zapamiętywał matematykę na zajęciach, ale do polskiego musiał przysiąść. Mnie nauka dwustu słówek z angielskiego zajmowała pół godziny, Adamowi kilka godzin. Zatem PLANUJ swoją naukę jeśli CHCESZ mieć dobre oceny. Sam znasz najlepiej swoje możliwości. Ja właśnie tak robiłam. Wbrew pozorom osoba, która się uczy nie musi nie mieć czasu dla przyjaciół. Możesz uczyć się codziennie – poza odrabianiem lekcji. Zawsze co najmniej na trzy dni przed ucz się na sprawdzian – notuj dokładnie kiedy masz wziąć się za jaką naukę, zapisuj ilość materiału. Uczciwa godzina dziennie (bez zaglądania na bloga, fb, z wyciszonym telefonem) to nie jest dużo. Niecodziennie masz sprawdziany, ale codziennie możesz się uczyć. To wiele w Twoim życiu szkolnym zmieni. Naturalnie są osoby, które będą musiały robić to dłużej. Będzie też wielu, dla których jest to niemożliwe do osiągnięcia. Pamiętaj, że ucząc się codziennie, ćwiczysz pamięć i z czasem będziesz uczyć się szybciej. Mnie już dzisiaj nie przeraża nauczenie się materiału z dziesięciu stron A4 w dwie godziny. I Ciebie też kiedyś nie będzie. A jeśli już nie przeraża – gratuluję i zazdroszczę.

Braki
„Za cholerę nie zrozumiem tej chemii!” – brzmi znajomo? Jednak dzieje się tak, bo nie ma się podstaw. Aby np. graficznie przedstawić dysocjacje musisz umieć wartościowości pierwiastków. Wielu ludzi uważa, że nie rozumie, a tak naprawdę po prostu nie chciało im się nauczyć podstaw, bez których nie ruszy się dalej. Aby zrozumieć, trzeba mieć do tego bazę. To normalne, że nie obliczysz nawet pola prostokąta, jeśli nie wiesz jaki jest na niego wzór i co on oznacza. Nie mów więc, że to nauczyciel jest głupi skoro nie wykonałeś jego poleceń. ;)

Kiedy umiesz?
Wielu mówi „A przecież tyle czasu się uczyłem!”, kiedy nie jest zadowolony z oceny. Szczerze? Kiedy ja się uczyłam, zawsze wiedziałam, czy nauczyłam się na piątkę. Podstawówka, gimnazjum i liceum to nie są studia. Nauczyciel musi powiedzieć co będzie na sprawdzianie - dokładnie. Musisz zatem nauczyć się wszystkiego co było na lekcji, co masz w notatkach i co jest na ten temat w podręczniku. Niektórzy nie umieją uczyć się z maszynopisu – warto robić więc z tekstu podręcznikowego skrócone ręczne notatki – ja ten sposób odkryłam będąc w piątej klasie, kiedy usiadłam do nauki historii i nie wiedziałam jak się za tę ilość tekstu książkowego zabrać… Musisz umieć powtórzyć materiał NA GŁOS, jeśli masz odpowiadać. Dla niektórych nie ma to znaczenia, ale wiele osób kilka razy przeczyta notatki z lekcji i uważa, że się uczyło. Nie dla każdego czytanie jest uczeniem. Nie każdy ma też fotograficzną pamięć. Kiedy uczysz się na sprawdzian, musisz umieć w myśli powtórzyć wszystkie fakty. Kiedy uczysz się do odpowiedzi ustnej, musisz umieć to powtórzyć na głos. Ja np. na egzamin pisemny uczę się kilka razy krócej niż wtedy kiedy muszę odpowiadać, bo trudniej mi zebrać myśli, kiedy muszę dodatkowo mówić. I podstawa: nigdy nie ucz się na pamięć. Staraj się kojarzyć, myśleć logicznie, a wiedza zostanie na dłużej.

Nie jest wymówką to, że kończy się lekcje o 17:00; że ma się zajęcia pozalekcyjne lub korepetycje. Twoja pierwsza wymówka świadczy o tym, że nie chcesz. :) I masz prawo – nikt nie każe Ci chcieć. Chyba, że rodzice mają w zwyczaju karać za złe oceny. Mnie jednak mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie. Nigdy nie wymagała ode mnie bycia najlepszą, nie porównywała do innych mówiąc „dlaczego masz tylko trójkę, kiedy Magda dostała piątkę?”. Dla niej najważniejsze było to, abym zdała z klasy do klasy. I wiecie? Fakt, nie miałam większych problemów z nauką, ale dzięki temu, że mama pozwalała mi np. nie pójść do szkoły kiedy nie chciało mi się nauczyć na sprawdzian, miałam więcej motywacji do tego, aby potem nauczyć się jeszcze lepiej. Jednak zasada była taka, że jeśli nie idę dzisiaj, to w następnym terminie muszę napisać sprawdzian na pozytywną ocenę.

Dzielę się tym z Wami, ponieważ uważam, że posiadanie wiedzy jest fajne. Chciałam w ten sposób zmotywować te osoby, które gdzieś tam w głębi duszy myślą sobie, że chciałyby, bo stać je na więcej. Swego czasu byłam przeciętniakiem. Dziś może nie osiągnęłam jeszcze tego co bym chciała, ale jakieś małe osobiste sukcesy są, którymi nie każdy może się pochwalić.

Powiecie mi czy macie jakieś swoje patenty na to jak efektywnie się uczyć?
________________________________

Miej swoje sposoby na mniejsze lub większe sukcesy

Jeśli chcesz,
polub na Facebook'u

wtorek, 16 lipca 2013

Szczęśliwy uczeń, któremu...


...dziękuje nauczyciel.
- Talmud

Obrona licencjatu to podobno formalność, a jednak wszyscy byliśmy w szoku kiedy okazało się, że jedna osoba oblała. Nie była ona jednak z mojej grupy specjalizacyjnej. Jednak z tego samego roku.

Mieliśmy zacząć bronić się o godzinie 11:00. Już na pół godziny wcześniej wszyscy "z wczesnoszkolnej" zebraliśmy się w jednej sali. Poustawialiśmy krzesła w okręgu, a wraz z nami usiadła nasza… recenzentka, aby podtrzymać nas na duchu. Tak się akurat stało, że wszystkie prace (a było ich dwadzieścia) trafiły do wspaniałej dr G., która między innymi była pomysłodawczynią pikniku rodzinnego (wspominałam o nim tutaj).

Nastawiłam się na to, że bronić zaczniemy się nieco później, jako że prowadząca naszej komisji dopiero o 10:00 miała rozpocząć obronę ze swoją grupą, dla której była promotorem. Opóźnienie trwało już jakieś piętnaście minut, kiedy to nasza Promotor przybyła do nas i obwieściła, że już nie potrwa to długo, bo idzie wziąć sprawę w swoje ręce. ;) Niedługo po tym moja grupa zrobiła mi niezwykle wspaniałą niespodziankę. Koleżanki i kolega (mieliśmy jednego pana w grupie) wstali i zaczęli śpiewać „Sto lat”. Zasadniczo nie wiedziałam nawet, że to dla mnie, sądziłam, że ktoś ma urodziny, zatem śpiewałam razem z resztą. Moje kochane „wcześniaki” wręczyły mi prezent w podzięce za to, iż byłam im starostą na pierwszym roku. Byłam nim TYLKO przez rok i dlatego naprawdę ten upominek ma dla mnie ogromną wartość… Był to bardzo gustowny długopis z grawerem „Ewie – Staroście za nieocenioną pomoc – studenci”. 


Obecna „starościna” broni się w drugim terminie i zapewne otrzyma podarunek w dniu, w którym spotkamy się na oficjalnym wręczeniu dyplomów.

Mam wrażenie, że byłam jedną z najbardziej spokojnych osób, choć wcale nie świadczy to o tym, że się nie denerwowałam. Rozmowa z Dorotką - inną studentką - na chwilę przed moim stawieniem się przed komisją brzmiała mniej więcej tak:

-Ewa, kiedy wchodzisz?
-No, za chwilę, po Oldze. Olga już jest w środku. :D
-To z czego Ty się cieszysz? :)



Kiedy weszłam do środka, nerwy odpuściły. Mało tego! Okazało się, że recenzentka (wcześniej wspomniana dr G.) zrobiła coś, za co wszyscy będziemy jej dozgonnie wdzięczni, ale o czym tutaj nie napiszę, ponieważ mój blog nie jest aż tak anonimowy z powodu fotografii. ;)

Postawiłam na los i… trafiłam na dwa zagadnienia, które były wręcz moimi ulubionymi. Usłyszałam od promotor „Proszę usiąść, pani Ewuniu…” i zaczęło się. Podobno na obronie raczej studentom nie przerywa się wypowiedzi albo przerywa po to, aby przeszedł on do kolejnego pytania. Natomiast moja obrona raczej przypominała wymianę zdań, opinii z prowadzącą, której specjalizacją jest pedagogika specjalna. Nawet się lekko potknęłam słownie, ale szybko się poprawiłam i nie zaważyło to na ocenie. Ostatnie, trzecie pytanie, to pytanie od promotora dotyczące pracy licencjackiej. W sumie – tak jakby go nie było kiedy pracę napisało się samodzielnie.

Wchodziłam jako piąta albo szósta. Naprawdę współczułam tym osobom, których nazwiska zaczynają się na P, S, T, W, Z. Wyniki miały miejsce od razu, jak tylko ostatnia osoba wyszła z gabinetu – chwilę po godzinie 15:00, ponieważ panie zasiadające w komisji przeliczały średnią regularnie dla każdego, kiedy tylko opuścił salę.

Obroniłam się na piąteczkę i taką też ocenę będę miała na dyplomie. Mało tego. Po ogłoszeniu tych wyników, nasza Promotor oznajmiła nam, że ma dla nas niespodziankę, przy czym już wtedy się wzruszyła. Okazało się, że stworzyła pismo, które złożyła na ręce pani dziekan. Zamieszczam je poniżej:

Tak, musiałam poprosić moją Promotor o możliwość wykonania fotografii takiego pisma. Na pamiątkę!
 
W skrócie: Promotor zawarła w nim informację o tym, że kilka prac zasługuje na szczególne wyróżnienie i że warto byłoby je w całości opublikować. Kiedy zaczęła wymieniać te osoby, Aga, która została wyczytana jako pierwsza absolutnie się wzruszyła. W tym czasie kiedy jej gratulowałam, została wyczytana Angelina, a potem… ja! Wspaniałe uczucie, tym bardziej, że wraz z Agnieszką co prawda otrzymywałyśmy motywujące maile od pani Promotor (wspominałam o nich tutaj), ale raczej na seminarium niewiele się o nas mówiło i uznałyśmy, że może nasze prace są dość nijakie.

W podzięce za wspólną pracę panie prowadząca i recenzentka dostały od nas kwiaty oraz słodycze, natomiast Promotor oprócz kwiatów, otrzymała puchar wypełniony szampanem i cukierkami z poniżej zaprezentowaną tabliczką:

Po tym wszystkim poszliśmy świętować do restauracji, dziś jeszcze odpoczywałam na kajakach, a jutro wracam do pisania artykułów. :) To koniec pewnego etapu. Moich „wcześniaków” będzie mi brakować naprawdę mocno, ponieważ na studia drugiego stopnia będę się starała dostać gdzie indziej. A szkoda, bo zawsze uchodziliśmy za grupę inną, niestandardową, takiej, jakiej nigdy wcześniej nie było; w której nie było rywalizacji; w której nikt nie został bez pomocy, kiedy jej potrzebował i takiej, w której wszyscy się lubili. Niesamowicie będzie mi brakować tej rodzinnej atmosfery, braw po przedstawieniu nawet niezbyt atrakcyjnej prezentacji, wspólnych wypadów na obiad między zajęciami, kreatywnych ćwiczeń, wykładów pełnych śmiechów i urywających się telefonów takich jak przed ważnym egzaminem czy drukowaniem prac (opisanych np. tu). Może ktoś z nich tutaj kiedyś zawędruje o to przeczyta, kto wie. ;) W razie czego: pozdrawiam serdecznie! :*

Postępuj zawsze właściwie. Da to satysfakcję kilku ludziom, a resztę zadziwi.
- Mark Twain


________________________________


Nauka może dawać satysfakcję, prowadzić do wspaniałych znajomości i nabywania niezwykłych autorytetów


Jeśli chcesz, to polub
na FACEBOOK'U

piątek, 25 stycznia 2013

Kogo zaskoczyła sesja?



 
Sezon na biadolenie, że sesja zastała studentów uważam za otwarty. Możecie mnie uznać za kogoś kto truje, kto nie jest życiowy, ale jeśli obnosicie się z tym na portalach, że zaskoczyła Was sesja i w zasadzie nie wiecie w co ręce włożyć, a jutro, pojutrze (w przypadku studiów niestacjonarnych) czy w poniedziałek czeka Was MEGA EGZAMIN, natomiast Wy jesteście w czarnej d***e z nauką, powiadam: sami jesteście sobie winni. Zawsze wkurzało mnie to, że studenci zasadniczo są zaskoczeni egzaminami. A czego się od studiów oczekiwało? Jedynie imprez? Chyba nikt nikogo nie zmusza do posiadania wykształcenia wyższego…? Wybaczcie, że wylewam tu swoją frustrację, ale przez takich ludzi właśnie nie ma pracy dla osób, które są kumate; które nie idą na studia zaliczyć część lub sporą większość przedmiotów na trójach, pobawić się i dostać potem robotę po znajomościach. Kiedy studia znów będą elitarne? Na kraj bezrobotnych magistrów jest tylko jeden sposób: uczynić studia uczelniami, które wykształcą elitę intelektualną, a nie pozwalać nazywać siebie magistrami czy inżynierami tym, którzy na budownictwie miały ledwo tróję z matematyki czy fizyki… A potem schody na Narodowym trzeba poprawiać po nieukach… Zapewne za pieniądze podatników.