Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

(...) oraz że Cię nie opuszczę...

Wydarzyło się za dużo. Czuję się, jakbym przebiegła po tęczy i na jej końcu znalazła legendarny skarb. Chciałabym napisać tak wiele o tym, co miało miejsce w najpiękniejszym sierpniu mojego życia, ale nie wychodzi. Im więcej piszę, tym więcej chciałabym dodać, a jednocześnie tym bardziej opis traci swój urok. Nie wiem czy zdjęcia to oddadzą, ale po prostu są rzeczy, których nie da się ubrać w słowa. Trzeba je czuć. Może uda się kiedy indziej.

Wieczór panieński
Pstryknij fotkę na kilka minut przed :)
Do ołtarza z bratem bliźniakiem.
"Trzymaj mocno i idź powoli, bo zaraz zgubię buty".
Spisał się. Buty zgubiłam dopiero po przysiędze. :D
Sesja zdjęciowa
;)
Jeśli spadniesz - skoczę za Tobą
Zakochani w Alpach

poniedziałek, 14 października 2013

Akcja "Przeczytaj i podaj dalej"

Kochani, tak się szczęśliwie złożyło, że zostałam wybrana przez Gąskę kolejną uczestniczką akcji "Przeczytaj i podaj dalej". Akcja została wymyślona przez Annę Matysiak. Blogerka pozwoliła swojej książce na to, by spełniła swoje podróżnicze marzenia i w ten sposób książka przemierza nasz kraj wzdłuż i wszerz.


Dla mnie wybór Gąski był ogromnym wyróżnieniem, ponieważ ten projekt ma moim zdaniem w sobie ziarenko magii. Gratuluję inicjatorce akcji wspaniałego pomysłu. Zatrzymanie się na chwilę u mnie tego podróżnika będzie dla mnie samej niesamowitą przygodą. Możliwość pozostawienia w podróżującej książce śladu po sobie będzie dla mnie wielkim przeżyciem. Gąsko, raz jeszcze dziękuję za ten wybór - Tobie i Przemkowi. ;)

ZASADY, które ustaliła inicjatorka Akcji "Przeczytaj i podaj dalej":
1. Odbierasz książkę z poczty albo uprzejmy listonosz przynosi Ci ją do domu...
2. Czytasz z zapartym tchem...
3. Koniecznie robisz zdjęcie z książką (może być w jakimś charakterystycznym dla Ciebie miejscu). Umieszczasz krótką refleksję na swoim blogu (jeśli takowy posiadasz) i przesyłasz link do Anny Matysiak, jako pomysłodawczyni akcji  - zrobimy wspólnie relację z wędrówki książki... poznamy się wzajemnie... może nawet stworzymy klub wędrującej książki…
4. Do książki koniecznie należy się wpisać, zaznaczyć swój ulubiony fragment, pozostawić po sobie ślad :)
5. Umieszczasz na swoim blogu baner i informację o Akcji "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" wraz z powyższymi punktami i wybierasz nowy dom dla książki, wysyłasz ją  dalej :)
6. Z dreszczykiem emocji śledzisz dalszą drogę książki, która ma szansę być wolną i zdobyć nowe światy...


Zasady zgłoszenia do Akcji (Wybrana przeze mnie osoba może wymyślić oczywiście własne kryteria wyboru szczęśliwca):
1. Zgłaszasz chęć udziału w komentarzu pod tym postem i piszesz DLACZEGO książka powinna trafić do Ciebie (obowiązkowe)
2. Podajesz swój mail, abym mogła się skontaktować ze zwycięzcą (obowiązkowe)
3. Dodajesz mój blog do obserwowanych (będzie mi miło, ale nie jest to obowiązkowe)
4. Również miło mi będzie jeśli też polubisz mój blog na Facebooku (jeśli posiadasz i chcesz, bo nie zmuszam do zakładania konta oczywiście)
5. Byłoby super, gdybyś umieścił/a też na swoim blogu baner akcji z linkiem do tego posta
6. Akcja trwa od 14.10. do 19.10.

Moja refleksja na temat książki pojawi się w chwili, gdy „Dzika droga” do mnie dotrze i będę miała zaszczyt zapoznać się z jej zawartością. Wiem, że jest już w trasie - szykuję już dla tego gościa miejsce do odpoczynku. Ogłoszę również w tym samym poście kolejny przystanek dla niej.

Edit 16.10.2013.: Książeczka od wczoraj już u mnie jest. Zgłaszajcie się do 19 października do północy. Następnego dnia czyli 20. ogłoszę następny przystanek i napiszę do szczęśliwca w celu uzyskania adresu. 

________________________________
Daj sobie szansę na udział w magicznej akcji

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

wtorek, 27 sierpnia 2013

KoneCON 2013

W poprzedni weekend 24-25 sierpnia miałam okazję być na czwartej edycji KoneConu czyli na szczecińskim zjeździe miłośników kultury azjatyckiej. Impreza ta miała dość dużego pecha, ponieważ już od dwóch lat była odwoływana. Prawdą jest, że konwenty dotyczące Azji nie cieszą się dobrą sławą, organizatorzy czyli grupa Umi No Koe miała nie lada problem ze znalezieniem odpowiedniej placówki (takie wydarzenia zazwyczaj odbywają się w szkołach). Dyrektorzy lubili się wycofać z umowy nawet na trzy tygodnie przed planowaną imprezą. Mówi się, że w Japonii cyfra 4 jest pechowa, dlatego zmieniono nazwę podwójnie odwołanego KoneConu 4 na KoneCon 2013. I tym razem się udało.

Od razu wspomnę, że konwenty nie są wcale zrzeszeniem zboczeńców, nie są targami specyfików, które używa się w chińskiej ludowej medycynie oraz nie ma tam miejsca na deprawację młodych ludzi, jak zwykło się uważać. To był mój szósty konwent, w którym wzięłam udział. Nie był najlepszy, bo nic nie pobije chyba drugiej edycji KoneConu, ale naprawdę fajnie spędziłam czas. Może nie udało się zebrać całej ekipy, z którą planowałam się spotkać, ale wraz ze mną i z Adamem stawili się Jacek z nowopoznaną przeze mnie sympatyczną Martyną, a po czasie dotarł do nas jeszcze Kamil, którego poznaliśmy na poprzednim konwencie – Shi: Bishoku.


Moje ludziki. Ćwiczą japońską sztukę kaligrafii. ;)
Konecon 2013 posiadał konwencję zburzonego Tokyo, zatem wiele atrakcji nawiązywało do tego, aby przywrócić miasto z powrotem do życia. Spoglądając w plan atrakcji nie wiadomo było co wybrać, ponieważ wiele ciekawych warsztatów i paneli miało miejsce w tym samym czasie… Iść na Bento (prelekcję o tym jak tworzyć słodko wyglądające śniadania) czy jednak wybrać się na Matsuri – lekcję o japońskiej sztuce świętowania? A może jednak na ceremonię parzenia herbaty?

Zaczęliśmy od pojawienia się na prelekcji o aikido. Potem rozejrzeliśmy się po „Akihabarze” jakie stoiska mają miejsce na conplace (terenie konwentu) i czy uda się kupić coś fajnego. Następnie udałam się wraz z Adamem i Kamilem na panel „Jak wydać książkę i na tym nie stracić”. Bardzo fajnie prowadzone zajęcia przez autora, który wydał niedawno swoją drugą książkę z gatunku fantasy – tyle że w połowie musieliśmy wyjść, bo ja chciałam pójść na wiedzówkę o Harry’m Potterze, Adam zaś na panel o Naruto (jedna z najbardziej popularnych mang/anime w Polsce).  Ostatecznie z konkursu o Harrym zrezygnowałam, ponieważ miał on polegać na tym, że należało się dobrać w trzyosobowe grupy. Potem z najlepszej grupy wyłonione miało być pierwsze, drugie i trzecie miejsce, co dla mnie jest bez sensu. Według mnie to niesprawiedliwie, bo nie wyłania się w ten sposób faktycznie trzech najlepiej przygotowanych osób. Szybko zatem poszłam dołączyć do Adama na Naruto. Potem wybraliśmy się popatrzeć jakie eksponaty zostały wystawione w „Muzeum”. Mogliśmy tam również potrenować sztukę japońskiej kaligrafii. Następnie poszliśmy na debatę o GMO, a jeszcze później na Cosplay oraz Fireshow. 

Cosplay to konkurs na najlepiej odwzorowany strój z anime, mangi, gry… W porównaniu do poprzednich KoneConów cosplay był na nieco niższym poziomie, ale i tak przyjemnie się go oglądało. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się o co chodzi, poniżej załączam nagranie z tego wydarzenia na Koneconie 2013.


Ulubieńcem publiczności stał się ten pan. Iron Man naprawdę świecił w ciemności. :)



Na Fireshow miałam nie iść, ponieważ zazwyczaj mnie trochę nudzi. Naoglądałam się tego już wiele razy. Całe szczęście, że jednak się na nie udałam. Grupa była niesamowicie przygotowana, bo nie chodziło tylko o wymachiwanie rękoma, aby zapanować nad poiami, ale także o taniec. Polecam poniżej odtworzyć nagranie i obejrzeć przynajmniej solówkę dziewczyny – pierwsze cztery minutki. Naprawdę warto.




Następnie udaliśmy się na panel o tym jak poderwać dziewczynę. ;) Co ciekawe, dziewcząt na sali było nieco więcej. Prelegent bardzo dobrze się przygotował, ale większość facetów, która przybyła na tę atrakcję przyszła się pośmiać, a nie o to tu chodziło. Kiedy prelegent poprosił ich, aby zaprezentowali kilka swoich sposobów na to, aby dziewczyna zwróciła ich uwagę tak naprawdę żaden z nich nie potrafił się wykazać. Padały jedynie niepoważne teksty w stylu „Hej, grasz w LoL’a”? Bardzo fajnie wypowiadały się właśnie wspominane wcześniej dziewczyny, bo dawały przynajmniej poważne rady. Potem wybraliśmy się na atrakcję nazwaną „Wielkim Otwarciem Miasta Tokyo”, na którym miały miejsce występy muzyczne na scenie, można było potańczyć, a w trakcie odbył się LightShow.


Jeśli chodzi o atrakcje to było ich naprawdę mnóstwo. Każdy, nawet jeśli nie interesował się specjalnie tradycją azjatyckich krajów, mangą, anime, muzyką koreańską, a przyjechał tu dla ludzi i atmosfery (bo ta jest tutaj naprawdę nietypowa), mógł wybrać coś dla siebie. Miały miejsce np. karaoke, turnieje takich gier jak Tekken 6 czy Soul Calibur 4, warsztaty taneczne (do popowej muzyki koreańskiej).


Densimy :D
Meido Cafe
Następnego dnia, w niedzielę bardzo chciałam pójść na prelekcję o tym jak podróżować po Japonii, posłuchać wykładu o samurajach i japońskich przesądach, ale musieliśmy z Adamem opuścić konwent, aby udać się w inne miejsce. O tym jednak następnym razem gościnnie opowie on sam.

________________________________



Poszerzaj swoje pasje

Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOK'u

piątek, 2 sierpnia 2013

Wakacji ciąg dalszy



No i mamy sierpień. Nie mam bladego pojęcia jak można narzekać na tak piękną pogodę. Owszem, jest gorąco, parno, ale czy nie o to chodzi latem? U mnie póki co pogoda dopisuje już od maja. Lipiec minął mi niezwykle szybko, pewnie przez wzgląd na naukę. Kiedy pozostało mi trochę czasu wolnego, również się nie nudziłam, o czym zresztą pisałam wcześniej. Mam nadzieję, że ten miesiąc będzie równie pełen wrażeń jak poprzedni. A działo się wiele, bo od ostatnio wspomnianych rowerków wodnych na jeziorze udało się jeszcze parę razy dotrzeć nad morze z Najlepszymi czyli z chłopakiem, przyjaciółkami i bliźniakiem. Jak zwykle nie brakowało śmiechu, dobrego humoru i tego, co widać na załączonych obrazkach. Aura na zewnątrz oraz towarzystwo średnio pomaga mi w skupieniu się na pracy, ale daję radę. ;)

P.S. Zgadnijcie komu ZNOWU przedłużyli rekrutację na uniwersytecie? Czuję, że po trzech latach odhaczę kolejny zawieszony kierunek. No, ale nic – nauczona doświadczeniem stworzyłam jakiś czas temu plan B.


O., Inochi, Na.


Na., O.

O., Inochi, Na.

Na., Inochi

O., Inochi, Na.


________________________________

Nie narzekaj! ;)

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u

środa, 24 lipca 2013

Stolica wita



Jeden z moich wakacyjnych planów nareszcie został wykonany. Wraz z Y. wybraliśmy się do Warszawy. Chłopak co prawda na początku postawił w alternatywę stolicę i kilka dni nad morzem, ale doszliśmy do wniosku, że mieszkając na Pomorzu Zachodnim i posiadając do najbliższej miejscowości nadmorskiej około 50 km lepiej jednak pojechać gdzieś dalej, bo nad morze można w zasadzie wyskoczyć w każdy wolny dzień. Wyjazd uparcie przeszkadzał mi w nauce do obrony licencjatu, ponieważ co chwilę sprawdzałam miejsca, które warto byłoby zobaczyć, dokąd pójść i jak się tam dostać. Ostatecznie plan zawierał w sobie pierwszego dnia Pałac Kultury i Nauki, Centrum Nauki Kopernik (w tym dwa minilaby), obejrzenie w Planetarium Kopernika pokazu pt. „Konstelacja: Miłość”, następnie szybkie przemieszczenie się w celu obejrzenia pokazu w Multimedialnym Parku Fontann i powrót do hotelu. Drugiego dnia mieliśmy zacząć od Muzeum Powstania Warszawskiego, potem trafić do ZOO i zakończyć na Łazienkach Królewskich. Między tym musiałam wystosować odpowiednie przerwy na posiłek, bo o ile ja zadowolić się mogłam czymkolwiek, o tyle mój towarzysz w zasadzie jedzenie stawia na pierwszym miejscu i głodny – absolutnie kapituluje. Plan został wypełniony, poza tym, że w Koperniku poszliśmy jedynie do laboratorium biologicznego. Na chemiczne już zabrakło miejsc. W zasadzie jeśli nie jesteś zainteresowany dokładną relacją z wyjazdu, możesz zakończyć czytanie posta w tym miejscu, bo pewnie będzie dość obszerny. :)

Do Warszawy jechaliśmy pociągiem około osiem godzin. Na miejscu byliśmy o 6:55: krótkie rozeznanie w terenie, przywitanie nas przez bezdomnego w sposób mało kulturalny i interesujący, zatem pominę zagłębianie się w szczegóły i po zwiedzeniu Pałacu Kultury i Nauki ruszyliśmy na podbój Kopernika, który dla mnie był najważniejszą częścią programu. Kolejki, jak wcześniej uprzedziła mnie Patrycja faktycznie były imponujące. Zakupiliśmy bilety, w tym wejściówki tylko na jeden minilab. Naszym celem było biologiczne, w którym tego dnia mieliśmy wykonywać wymaz z krwi zwierzęcej, zabarwiać go w odpowiedni sposób i oglądać pod mikroskopem. W chemicznym laboratorium miały się odbyć zajęcia, które w programie posiadały przedstawienie kilku czynności wykonywanych po włamaniu, np. zdejmowanie odcisków palców. Na te drugie jak wcześniej wspomniałam zabrakło już miejsc. Jeśli zatem kiedyś po ówczesnym przejrzeniu harmonogramu będziecie mieli ochotę wejść do labu na „lekcję”, warto zarezerwować bilety wcześniej.

W labie biologicznym każdy z nas wybrał sobie rękawiczki i rozmiarowo dobrany fartuch. Jeśli chodzi o zadanie: nam wszystko wyszło bardzo fajnie. Adam (mój brat bliźniak - przyszły biotechnolog) jeszcze przed wyjazdem powiedział mi, że jeśli wymaz nam nie wyjdzie to żeby się nie przejmować, bo to nie zawsze jest takie proste. Kiedy zdałam mu później relację i porównywałam z nim to co powinno nam wyjść, doszliśmy do wniosku, że wymaz albo nie wyszedł na poziomie akademickim z powodu złego zabarwienia, albo po prostu był to obszar o właśnie takich mało interesujących właściwościach (Adam to przeczyta i pewnie złapie się za głowę kiedy zobaczy w jaki okrojony i lakoniczny sposób przedstawiłam jego uwagi). Ale dla mnie - totalnego laika - pod mikroskopem jak najbardziej wyszedł ładny obraz, mniej więcej taki:  



Muszę jednak przyznać, że chociaż był to wykład dla uczestników od 9. roku życia, nie sądzę, żeby dla dzieci było to do końca zrozumiałe. Owszem, na pewno miały frajdę z patrzenia przez mikroskop, ciapania się giemsą itp. Ale wątpię, że zrozumiały co tak naprawdę zobaczyły. Pojęcia erytrocyt, leukocyt, monocyt i rozmawianie o funkcjach krwi? Nie twierdzę, że wszystkie nie zrozumiały, ale raczej uważam, że takie doświadczenia bardziej przydają się dzieciom, które są starsze i które wyniosłyby z tego więcej. Jednak może czym skorupka za młodu nasiąknie...

Samo Centrum – czyli możliwość dotykania i przesuwania eksponatów jest interesująca, ale przyznam, że tutaj więcej zabawy mają dzieci. :) Choć mają miejsce także eksponaty tylko dla dorosłych. Mimo to – fajne doświadczenie.


Szeptacze przed Centrum Nauki Kopernik wydają z siebie ciekawe dźwięki. Jest klimat...


Kabina miała służyć do rysunku. My robiliśmy zdjęcia... ;)



Kiedy zwiedziliśmy już wszystko, a wyrobiliśmy się przed czasem postanowiliśmy przed pokazem na Niebie Kopernika udać się do hotelu i trochę odpocząć. Wpadłam na pomysł, aby jednak po podróży pociągiem przespać się godzinkę, potem coś zjeść i wrócić do Planetarium. Pech chciał, że Y. wyłączył budzik przez sen i obudziliśmy się… o 18:00, kiedy pokaz miał miejsce o 19:00. Dla wtajemniczonych: hotel mieliśmy na Woli. Wpadliśmy do autobusu, przejechaliśmy na gapę możliwie jak najdalej, a potem puściliśmy się biegiem do samego Centrum Nauki. Uff… Na 3 minuty przed pokazem kupiliśmy bilety. Zdążyliśmy. Pokaz pt. „Konstelacja: Miłość” – moim zdaniem piękny. Sądziłam jednak, że potrwa może chociaż godzinę, a okazało się, że uraczono nas tylko około 35 minutami. Mimo to – warto pójść.


Wydawało nam się, że droga z Planetarium do Parku Fontann będzie prosta i krótka. Dla nas okazało się to jednak trochę bardziej skomplikowane. Może to rzecz tego, że zupełnie nie znaliśmy miasta. Tak czy owak trafiliśmy znów na czas i udało się obejrzeć piękny pokaz fontann z dźwiękiem, obrazem i światłem. W trakcie było nam dane zobaczyć też w jaki sposób kibice są transportowani pod niedaleko znajdujący się Stadion Narodowy. Kiedy przejeżdżało kilka bądź kilkanaście autobusów w eskorcie policji, napisałam SMS-a do Adama z pytaniem co się dzieje na stadionie, że wiozą tych ludzi dosłownie jak bandytów. Adam odpisał:

Jak bydło robaczku. ;) Inauguracja ligi.

Taki "Pan Tata" nie może już sobie np. normalnie przyjechać z synkiem na mecz, podjechać samochodem pod stadion i wejść na jego obszar. Trzeba wsiąść do autobusu i zostać eskortowanym… Fakt, wiem, że kibice mają taką, a nie inną opinię, ale bez przesady.

Przyszedł czas na powrót do hotelu. W tym celu przeszliśmy spacerkiem przez całe Stare Miasto, po drodze minęliśmy Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta. Swoją drogą – zwłaszcza nocą Stare Miasto wygląda cudownie. Wsiedliśmy do autobusu, na szybko zamówiliśmy orientalny specjał (czyt. kebab) i udaliśmy się niesamowicie zmęczeni na spoczynek.






Następnego dnia zaczęliśmy od Muzeum Powstania Warszawskiego. Największe wrażenie zrobiła na mnie sala, w której odczytywano listy powstańców do bliskich. Naprawdę warto odwiedzić to muzeum, nawet jeśli historia nas nie interesuje. Absolutnie przenosi ono człowieka w czasie. Poza tym są pewne miejsca, które warto odwiedzić "z szacunku" i "ku pamięci".


Nie, nie, niczego nie dotykałam. To tylko tak wygląda. Na stole leży kartka, na której tekst został wydrukowany taką samą metodą jaką drukowano w czasach powstania.

Z muzeum wybraliśmy się do ZOO - autobusem, który upatrzyliśmy sobie dzień wcześniej. Korki były niesamowite. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, dowiedzieliśmy się dlaczego. Do ZOO miała miejsce kolejka mierząca (na pewno!) około pół kilometra. Nie! Nie mogliśmy pozwolić sobie na czekanie. Może to nie wypada i naprawdę nie było to fajne z naszej strony, ale wepchnęliśmy się w kolejkę. Nie było innej opcji. Postaliśmy pięć minut myśląc co zrobić, aż nagle gdy na chwilę się obróciłam, przy kasie zrobiło się pusto, bo grupka debatowała nad tym ile i jakie bilety trzeba kupić, a nikt do kasy na ten czas nie podchodził. Usłyszałam tylko głos Y.: „Dwa ulgowe proszę!”. Dwie sekundy - i bileciki były nasze. Nawet nie zablokowaliśmy kolejki. Gdy odeszliśmy, pomimo tłumu wciąż nikt nie podchodził, dziwne. Udało się. ZOO to absolutnie mój żywioł! Podobało mi się wszystko: od rafy koralowej przez pandę małą aż po krokodyla różańcowego. Nie mogłabym wybrać najfajniejszego stworzonka…




Przyszedł czas na Łazienki Królewskie. Trafiliśmy na piękny kameralny koncert. Kiedy ten się skończył i ruszyliśmy dalej alejkami przemierzała policyjna orkiestra. Piękne miejsce, które całkowicie mnie oczarowało. Zostalibyśmy dłużej, ale strasznie bolały nas nogi. Wypełniliśmy cały plan i poszliśmy szukać możliwości dojazdu do centrum i udania się na kolację.

Kto mnie tu znajdzie?







________________________________

Staraj się realizować plany :)


Jeśli chcesz, polub mnie 

wtorek, 9 lipca 2013

Dogoniliśmy lato!

Lato, kochamy Cię ;)
Na., !-nochi, O.

W niedzielę dość spontanicznie udało się zgrać całą ekipę i wyjechać nad morze. Bardzo trudno jest nam zebrać się w piątkę ze względu na studia oraz różnego rodzaju pracę. W niedzielę wraz z O. i Na. towarzyszyli mi Adam oraz Y. Od samego początku wiedziałam, że taki skład grupy gwarantuje, że wyjazd będzie udany nawet jeśli pogoda by nie dopisała. Przede wszystkim dlatego, że to ludzie, z którymi absolutnie nadaję na tych samych falach, a do tego to jedne z niewielu osób, którym w o ostatniej chwili nigdy nic nie wypada i których nie trzeba namawiać do niczego, bo zawsze są chętni do zabawy. Na szczęście oprócz siebie mieliśmy jeszcze jakieś trzydzieści stopni Celsjusza, słońce oraz dość ciepłą morską wodę. Cały dzień był po prostu perfekcyjny. Idealne towarzystwo podczas wyjazdu jest gwarancją wspaniałych wspomnień. My przywieliśmy mnóstwo fotografii, opaleniznę i dobry nastrój. A Wy jak spędzacie te ciepłe wakacyjne dni?


Na., !-nochi, O.
Oryginalny totem po prawo. Jak to powiedział Adam: opalanie w pozycji na "śpiącego Sida z Epoki Lodowcowej"
________________________________

Jeśli o wyjazd chodzi: dobieraj tylko sprawdzone towarzystwo!

Jeśli chcesz, to polub

środa, 22 maja 2013

Ot, niedziela



Niektórzy dziwią mi się, że robię takie, a nie inne zdjęcia kiedy wiem, że jestem obserwowana przez przechodniów. Zabrzmię naprawdę wybitnie po polsku, ale to ja dziwię się owemu zdziwieniu. Tak, zdjęcia, które pojawiają się na blogu zawsze miały świadków, co widać na załączonych obrazkach. W „Calineczce” obok nas zatrzymało się kilku nieznajomych chłopaków, którzy po prostu przyszli w to samo miejsce co my. Tutaj na plaży także było mnóstwo osób. W tym zestawie zdjęć kierowcy crossówek także nam się przyglądali – tak samo jak i my im. W lewitującej sesji można nawet dostrzec w tle rodzinkę, która karmi łabędzie. W kadrze nie zostali ujęci jednak koledzy mojego Y., którzy przez jakiś czas przyglądali się naszym wyczynom, chcieli zagadać do „dziewczyn, które wygłupiają się przed aparatem”, ale kiedy podeszli bliżej i zobaczyli, że jedną z nich jestem ja, zrezygnowali i skończyło się tylko na „cześć” (ową relację zdał mi potem Y.!). W zeszłą niedzielę z racji święta i odwołania tym samym zajęć (bo zasadniczo uczelnia tego wolnego nie planowała wcześniej) wybrałam się nad morze. 

W co należy się uzbroić, aby wypad był udany? W dobry nastrój, najlepsze towarzystwo – w tym przypadku był to Y., dwa tatuaże naklejone na stopach, widoczne na załączonym, czwartym licząc poniższej, obrazku (osobiście polecam żyrafkę i krabika – jedno świetnie czuje się na piasku, drugie w wodzie – duet idealny) i dystans do siebie. Ładna pogoda nie zaszkodzi. A co zrobić żeby wywołać uśmiech na twarzy kogoś innego? Jeśli o mnie chodzi, to ja napisałam na restauracyjnej papierowej serwetce „Dziękujemy, było pyszne!” i dodatkowo w pudełeczka po wyżej wspomnianych tatuażach własnoręcznie nazbierałam trochę plaży dla O. i Na. ;)















________________________________

Nie oglądaj się na innych

Jeśli masz ochotę,
polub na FACEBOOKU