Ponieważ
za niecałe 100 dni wraz z Y. powiemy sobie sakramentalne „tak”, jest to dla nas czas bardzo wyjątkowy (to popularne stwierdzenie, ale jakże nieprawdziwe,
bo przecież w polskiej przysiędze słowo „tak” nie występuje w tym kontekście).
Dziś jednak nie o wybieraniu kokardek do zaproszeń i nie o tym, w jaki sposób
znów zostałam zaskoczona, ale o tym jak trudną grupą społeczną są bridezille.
Tak – nie przywidziało się Wam. To nowo poznane przeze mnie słowo (o, jednak
jest pewna ciekawostka) oznacza połączenie słów "panna młoda" oraz "godzilla". Można
się domyślić co się pod nim kryje.
Jestem
przerażona tym jak bardzo zadufana w sobie jest część kobiet planujących ślub.
Nie wiem czy to presja „tego jedynego dnia w życiu”, czy co, ale nie jestem w
stanie zrozumieć jak można obrażać się na to, że ktoś nie może pojawić się na
weselu. Niedawno Gąska przesłała mi wypowiedź pewnej dziewczyny na temat ślubnych
rozterek. Czytałam, otwierałam oczy coraz szerzej, aż dotarłam do momentu, w
którym przyszła panna młoda ubolewała nad tym, że ktoś jej bliski może nie
będzie obecny na jej ślubie. Powód: choroba i pobyt w szpitalu. Uwierzcie, ludzi, którzy mają z tym problem jest wielu. Czy tylko nam
wydaje się, że to nie nad nieobecnością osoby powinno się ubolewać?
Jeśli
ktoś nie będzie mógł przyjechać do mnie na wesele i to nie dlatego nawet, że był chory,
to kim jestem by go oceniać i mówić, że się na mnie wypiął? Miał przyjechać, a
potem powiedzieć dziecku „nie ma dziś śniadanka i obiadu, bo Twoja ciocia brała
ślub. Ale kotlety na weselu były dobre, prawda?”. Nic nie daje mi takiego
prawa. Udział w weselu wymaga włożenia pieniędzy w wiele spraw jak choćby
dojazd, odświętne ubranie, często też uczesanie. To wszystko kosztuje. Bywanie
na weselach nie jest dla każdego, a przyjazd na sam ślub też nie zawsze jest
możliwy. Jednak czy to jest najważniejsze? Nikt poza naszymi rodzicami, czasami
rodzeństwem i bardzo bliskimi przyjaciółmi nie żyje naszym życiem. Cudzy świat
nie zaczyna się na naszym ślubie. I nie kończy na odmowie uczestnictwa w nim.
Bridezille
uważają inaczej. Chcą wręczać gościom magnesy na lodówkę z ich fotografią jako
upominki, bo przecież każdy wujek i każda kuzynka tylko marzy o tym, by
codziennie przed przygotowaniem każdego posiłku popatrzeć na ich miłość. Panie
młode chcą wyganiać gości na dwór w mróz żeby pozowali w plenerze do miliona fotografii
jakie właśnie one sobie wymarzyły. I oczywiście uważają, że każdy chce pełnić w
tym ważnym dniu jakąś rolę: być druhną w plastikoworóżowej sukience, czytać
fragment ewangelii podczas ceremonii i pomagać w wybieraniu serwetek tak jakby
chodziło co najmniej o wybór Miss Universe. To nieprawda. Nie każdy chce. W
zasadzie nie chce prawie nikt. Takich osób jest tylko parę w naszym życiu. I ta
niewielka liczba sprawia, że wciąż jesteśmy szczęściarzami.
Jest
jeszcze kwestia atrakcji. Kiedy zaczynaliśmy ustalać budżet, braliśmy pod
uwagę, że może zaplanuje się coś ekstra poza jedzeniem, alkoholem i muzyką.
Dziś jestem na nie. Nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie, ale napatrzyłam się na
wiele atrakcji, które gości wcale nie cieszą. Mam wrażenie, że wzięły swój
początek stąd, żeby pokazać jak bardzo inne jest nasze wesele, jak miło gościom będzie je wspominać i mówić „To dopiero było weselicho z pompą! Nie taka
wieś jak u Zośki”. A co jest efektem? W moim przypadku kiedy byłam na takim
weselu pełnym atrakcji, para młoda ani razu nie nawiązała ze mną kontaktu
wzrokowego i nie zamieniła ze mną zdania. Pewnie dlatego, że byli zbyt zajęci dbaniem o szczegóły. Było ciekawie, inaczej, ale poza
imionami nie do końca wiem u kogo się bawiłam.
Tekst jest o pannach młodych. Dlaczego? W wielu
komentarzach, artykułach, rozmowach zauważam „wymarzyłam sobie”, „zawsze
chciałam”, „to mój jedyny dzień”. I czasami efektem tych marzeń jest pan młody
wygłupiający się na parkiecie, choć w ogóle nie czuje rytmu i ani się dobrze
nie bawi. Jednak przecież jego ukochana wymarzyła sobie debeściarski pierwszy
taniec. Taniec, z którego ryją całe internety. Innym razem biega w ufajdanym smokingu, bo świeżo upieczona żona zamarzyła sobie wypuszczanie gołąbków pod
kościołem. A później to również pan młody obrywa za krzywą ze zmęczenia i znudzenia minę,
która zepsuła małżonce fotkę z szybkiego pleneru fotograficznego gdzieś
pomiędzy życzeniami a rosołem.
 |
| Nasze, wybrane wspólnie. ;) |