Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ślub. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

(...) oraz że Cię nie opuszczę...

Wydarzyło się za dużo. Czuję się, jakbym przebiegła po tęczy i na jej końcu znalazła legendarny skarb. Chciałabym napisać tak wiele o tym, co miało miejsce w najpiękniejszym sierpniu mojego życia, ale nie wychodzi. Im więcej piszę, tym więcej chciałabym dodać, a jednocześnie tym bardziej opis traci swój urok. Nie wiem czy zdjęcia to oddadzą, ale po prostu są rzeczy, których nie da się ubrać w słowa. Trzeba je czuć. Może uda się kiedy indziej.

Wieczór panieński
Pstryknij fotkę na kilka minut przed :)
Do ołtarza z bratem bliźniakiem.
"Trzymaj mocno i idź powoli, bo zaraz zgubię buty".
Spisał się. Buty zgubiłam dopiero po przysiędze. :D
Sesja zdjęciowa
;)
Jeśli spadniesz - skoczę za Tobą
Zakochani w Alpach

piątek, 31 lipca 2015

Chill

Od poprzedniego postu minął już ponad miesiąc. Wiele się zmieniło. Zaczęłam nową pracę, obroniłam magisterkę, rozpoczęłam studia podyplomowe i kurs na certyfikat B2 z języka angielskiego. Zaraz po obronie moja pani recenzent zaproponowała mi publikację naukową oraz zaoferowała możliwość prowadzenia zajęć na uczelni. Jeszcze nie mam pojęcia czy to aby na pewno wyjdzie, bo wolę się nie nastawiać jakoś szczególnie, ale sama propozycja to wielkie wyróżnienie, bo okazuje się, że ktoś dostrzegł i docenił moją pracę. Po obronie byłam na cudownym spotkaniu z okazji zakończenia studiów. Piękne miejsce, wspaniali ludzie i cudowna atmosfera. Kilka godzin, a ja po powrocie czułam się jak po kilku dniach na wczasach. Na spotkaniu miała miejsce niespodzianka w formie wieczoru panieńskiego. Z naszej czternastoosobowej zawsze razem trzymającej się od pięciu lat na studiach grupy dwie biorą ślub w tym samym dniu. Czekam na zdjęcia z tego wydarzenia i nie mogę się doczekać, aż tak naprawdę sama je zobaczę. Niespodzianka bardzo miła. Piszcie co u Was. Mnie dzieli tydzień od własnego ślubu. Co ciekawe: zero stresu. :)

Wakacje!

Pamiątka z pożegnalnej imprezy...

...a na plecach napisane przez innych to, co sądzą o właścicielu bluzeczki. Zasada była taka, że wpisuje się tylko dobre skojarzenia. ;) Trzeba było wykazać się cierpliwością, bo każdy przeczytał dopiero w domu to co o nim napisano.

sobota, 20 czerwca 2015

Legendarne nauki przedślubne

Nauki przedmałżeńskie i poradnia rodzinna, z której należy w ramach nauk skorzystać owiane są mgiełką tajemnicy i legendy dla osób, które nie miały okazji wstąpić w zaawansowane przygotowania do ślubu. Mam wrażenie, że wcale nie przesadziłam z tytułem posta. Nie ukrywam – nasłuchałam się tyle o ślubnych przygotowaniach w parafiach w moim mieście, że w zasadzie chyba w opowieściach tych brakowało jedynie smoków. Byłam więc bardzo bojowo nastawiona w razie, gdyby gdzieś z plebanijnych czeluści jedna z kilku głów gada łypnęła na nas żółtym ślepiem i zionęła ogniem z wielkiego pyska. 

Słyszałam o tym, że księża obrażają ludzi przytaczając przykłady jak nie należy się prowadzić, uważają uczestników nauk za głupszych od siebie, a do tego dochodzi nauka metod naturalnego planowania lub nieplanowania rodziny. Jak się okazało w przypadku moim oraz Y., nauki w parafii, w której będziemy brać ślub były prowadzone w sposób kulturalny, konkretny, nawet humorystyczny. Dowiedzieliśmy się tez praktycznych rzeczy. 

Czy wiecie, że przysięgę małżeńską można napisać samodzielnie? Może mieć ona nawet wybitnie humorystyczny wyraz, byleby tylko był w niej zawarty taki sam sens jaki zawiera tradycyjna przysięga. Można wybierać sobie czytania, pieśni, psalmy. Od nas zależy czy chcemy wejść do kościoła razem, czy panna młoda ma wejść sama czy też ma ją poprowadzić do ołtarza ktoś dla niej ważny – niekoniecznie musi to być ojciec. Mamy wpływ na prawie całą uroczystość.

Wraz z nami na nauki chodziło jeszcze pięć osób. Pierwszy godzinny wykład dotyczący sakramentu małżeństwa prowadził ksiądz proboszcz. Drugie spotkanie odbyło się z panem z poradni rodzinnej, który w pół godziny wyłożył nam czym jest rodzina wraz z teorią jej planowania. Trzecie spotkanie również miało formę wykładu, dotyczyło dziecka w rodzinie i trwało piętnaście minut, bo odbywało się z innym księdzem w zastępstwie za proboszcza.

Ponadto odbyliśmy jeszcze jedno indywidualne spotkanie na plebanii z tym samym panem z poradni rodzinnej w celu zapoznania się dokładniej z metodami planowania rodziny. Na tym się zakończyło. Powinniśmy być jeszcze na dwóch spotkaniach, aby skonsultować moje dwa cykle menstruacyjne, jednak nie wyraziłam zgody na omawianie zanotowanych obserwacji mojej temperatury ciała itp. Nikt nas do niczego nie zmuszał.

Byłam pozytywnie zaskoczona, bo mnóstwo osób, nawet tych, które brały ślub w tej samej parafii mówiły, że będę musiała okazać się własnym wyrysowanym wykresem z wyznaczonymi dniami płodnymi i niepłodnymi. Z góry byłam nastawiona na to, że akurat w tej kwestii nic nie muszę i jeśli zostanę zmuszona pod pretekstem niepodpisania kartki, wyrysuję dwa cykle różniące się chociażby siedmioma dniami (co w naturze się zdarza) – na pierwszym wykresie w najbardziej strategicznym czasie zanotuję półtoratygodniową gorączkę, a na drugim "zacznę" pracę na trzy zmiany, co nie daje możliwości mierzenia temperatury codziennie o tej samej porze. Nie musiałam się jednak posuwać do takiego sabotażu. Jeśli ktoś nie chce, polecam o tym mówić. Wcale nie musiałam się o nic wykłócać. Wystarczyło mieć odwagę powiedzieć „nie chcemy brać udziału w dalszych spotkaniach”, a pan zaproponował tylko, żebym zadzwoniła jeśli zmieniłabym zdanie. Ksiądz przyjął karteczkę z brakującą pieczątką bez żadnego problemu i nawet jednego słowa komentarza.


I jeszcze jedno: nie zapłaciliśmy ani grosza. Ani za nauki, ani za poradnię rodzinną, ani za zapowiedzi, ani za spisanie ślubnego protokołu. Nikt z kościoła nie wspomniał nawet o tym, że jest choćby dobrowolna opłata „co łaska”. Takie stwierdzenie nie padło. Jak na razie rachunek w sprawie ślubnych formalności wystawił tylko urząd stanu cywilnego – 84 zł.

To już mniej niż 50 dni...

wtorek, 16 czerwca 2015

Różności

Długo mnie nie było. Nie z racji braku motywacji do pisania, ale z takiego powodu, że wiele się działo. Ostatni post datowany jest na 1 maja. Minęło więc półtora miesiąca. Gdybym zapytała Was o to, jak sądzicie, gdzie udało mi się znaleźć pracę, to co byście odpowiedzieli?

a) w butiku jako ekspedientka
b) na poczcie jako pracownik ds. rozliczeń
c) w bawialni dla dzieci jako animatorka
d) w szkole podstawowej jako nauczyciel - wychowawca

A gdybym powiedziała, że jest jeszcze wariant "e", czyli "wszystkie odpowiedzi są prawdziwe"? To się właśnie wydarzyło. Przez kilka miesięcy nie mogłam znaleźć dosłownie nic, telefon milczał. Natomiast teraz? W ciągu tego czasu nie wiedziałam co robić. Najpierw przyszła oferta z poczty, ale lada chwila rezygnowałam z udziału w szkoleniach, bo opcja w butiku była finansowo bardziej opłacalna. Jednak po krótkim czasie okazało się, że przeszłam też pomyślnie żmudną selekcję jako animatorka i… już, już miałam zaczynać pracę, gdy nagle okazało się, że dostałam wymarzoną, wyśnioną, najlepszą na świecie pracę wpisującą się w mój zawód! Wysyłanie i składanie co jakiś czas po 80-100 listów motywacyjnych wraz z CV do szkół na terenie całego województwa przyniosło efekt. Dostać się naprawdę trudno, więc cieszę się, że moja próbna lekcja spodobała się pani dyrektor i że niedługo będę częścią grona pedagogicznego, a od września rozpocznę awans zawodowy. Nareszcie!

Ostatnie tygodnie to też czas załatwiania ślubnych formalności. Już dziś wspomnę, że informacje podawane przez znajomych o naukach przedmałżeńskich, poradni rodzinnej, protokole ślubnym, przymusie mierzenia sobie temperatury i rysowania wykresów w celu planowania rodziny i tym, że księża wyciągają pieniądze za dosłownie wszystko od parafian planujących ślub - w moim przypadku zahaczają o mity i legendy. Nic takiego nie miało miejsca, ale poświęcę temu inny post.

Czerwiec jest również czasem kiedy zmagam się z pracą magisterską. Stop. Nie zmagam się z pracą. Zmagam się ze słabej jakości kontaktem z promotorką. W systemie studiów zaocznych, kiedy na uczelni jest się raz na dwa/cztery tygodnie nieużywanie poczty elektronicznej przez promotora jest bardzo frustrujące. Ale nic to. Trzeba dać radę. Mam czas do 5 lipca. Wierzę, że ambitnie do końca tygodnia zamknę już wszystko i zostawię sobie czas na ostatnie małe korekty.

Na szczęście udało mi się też trochę odpocząć między metodologią, rozmowami kwalifikacyjnymi, prezentowaniem umiejętności zawodowych przed potencjalnymi pracodawcami i sprzedawaniem sukienek. Y. wrócił na chwilę. :) Było sobie morze z okazji osiągnięcia ćwierćwiecza...

Biegaliście kiedyś boso po plaży?
Tak się rozpędziłam, że nim się obejrzałam dobiegłam do innej miejscowości.
Urodzinowy sześciokilometrowy trening.

I bonus... Taka różnica.


piątek, 1 maja 2015

O bridezillach

Ponieważ za niecałe 100 dni wraz z Y. powiemy sobie sakramentalne „tak”, jest to dla nas czas bardzo wyjątkowy (to popularne stwierdzenie, ale jakże nieprawdziwe, bo przecież w polskiej przysiędze słowo „tak” nie występuje w tym kontekście). Dziś jednak nie o wybieraniu kokardek do zaproszeń i nie o tym, w jaki sposób znów zostałam zaskoczona, ale o tym jak trudną grupą społeczną są bridezille. Tak – nie przywidziało się Wam. To nowo poznane przeze mnie słowo (o, jednak jest pewna ciekawostka) oznacza połączenie słów "panna młoda" oraz "godzilla". Można się domyślić co się pod nim kryje.

Jestem przerażona tym jak bardzo zadufana w sobie jest część kobiet planujących ślub. Nie wiem czy to presja „tego jedynego dnia w życiu”, czy co, ale nie jestem w stanie zrozumieć jak można obrażać się na to, że ktoś nie może pojawić się na weselu. Niedawno Gąska przesłała mi wypowiedź pewnej dziewczyny na temat ślubnych rozterek. Czytałam, otwierałam oczy coraz szerzej, aż dotarłam do momentu, w którym przyszła panna młoda ubolewała nad tym, że ktoś jej bliski może nie będzie obecny na jej ślubie. Powód: choroba i pobyt w szpitalu. Uwierzcie, ludzi, którzy mają z tym problem jest wielu. Czy tylko nam wydaje się, że to nie nad nieobecnością osoby powinno się ubolewać?

Jeśli ktoś nie będzie mógł przyjechać do mnie na wesele i to nie dlatego nawet, że był chory, to kim jestem by go oceniać i mówić, że się na mnie wypiął? Miał przyjechać, a potem powiedzieć dziecku „nie ma dziś śniadanka i obiadu, bo Twoja ciocia brała ślub. Ale kotlety na weselu były dobre, prawda?”. Nic nie daje mi takiego prawa. Udział w weselu wymaga włożenia pieniędzy w wiele spraw jak choćby dojazd, odświętne ubranie, często też uczesanie. To wszystko kosztuje. Bywanie na weselach nie jest dla każdego, a przyjazd na sam ślub też nie zawsze jest możliwy. Jednak czy to jest najważniejsze? Nikt poza naszymi rodzicami, czasami rodzeństwem i bardzo bliskimi przyjaciółmi nie żyje naszym życiem. Cudzy świat nie zaczyna się na naszym ślubie. I nie kończy na odmowie uczestnictwa w nim.

Bridezille uważają inaczej. Chcą wręczać gościom magnesy na lodówkę z ich fotografią jako upominki, bo przecież każdy wujek i każda kuzynka tylko marzy o tym, by codziennie przed przygotowaniem każdego posiłku popatrzeć na ich miłość. Panie młode chcą wyganiać gości na dwór w mróz żeby pozowali w plenerze do miliona fotografii jakie właśnie one sobie wymarzyły. I oczywiście uważają, że każdy chce pełnić w tym ważnym dniu jakąś rolę: być druhną w plastikoworóżowej sukience, czytać fragment ewangelii podczas ceremonii i pomagać w wybieraniu serwetek tak jakby chodziło co najmniej o wybór Miss Universe. To nieprawda. Nie każdy chce. W zasadzie nie chce prawie nikt. Takich osób jest tylko parę w naszym życiu. I ta niewielka liczba sprawia, że wciąż jesteśmy szczęściarzami.

Jest jeszcze kwestia atrakcji. Kiedy zaczynaliśmy ustalać budżet, braliśmy pod uwagę, że może zaplanuje się coś ekstra poza jedzeniem, alkoholem i muzyką. Dziś jestem na nie. Nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie, ale napatrzyłam się na wiele atrakcji, które gości wcale nie cieszą. Mam wrażenie, że wzięły swój początek stąd, żeby pokazać jak bardzo inne jest nasze wesele, jak miło gościom będzie je wspominać i mówić „To dopiero było weselicho z pompą! Nie taka wieś jak u Zośki”. A co jest efektem? W moim przypadku kiedy byłam na takim weselu pełnym atrakcji, para młoda ani razu nie nawiązała ze mną kontaktu wzrokowego i nie zamieniła ze mną zdania. Pewnie dlatego, że byli zbyt zajęci dbaniem o szczegóły. Było ciekawie, inaczej, ale poza imionami nie do końca wiem u kogo się bawiłam.

Tekst jest o pannach młodych. Dlaczego? W wielu komentarzach, artykułach, rozmowach zauważam „wymarzyłam sobie”, „zawsze chciałam”, „to mój jedyny dzień”. I czasami efektem tych marzeń jest pan młody wygłupiający się na parkiecie, choć w ogóle nie czuje rytmu i ani się dobrze nie bawi. Jednak przecież jego ukochana wymarzyła sobie debeściarski pierwszy taniec. Taniec, z którego ryją całe internety. Innym razem biega w ufajdanym smokingu, bo świeżo upieczona żona zamarzyła sobie wypuszczanie gołąbków pod kościołem. A później to również pan młody obrywa za krzywą ze zmęczenia i znudzenia minę, która zepsuła małżonce fotkę z szybkiego pleneru fotograficznego gdzieś pomiędzy życzeniami a rosołem.

Nasze, wybrane wspólnie. ;)


sobota, 28 lutego 2015

Gorączka sobotniej nocy

Tiule, świece, lampiony…? Mniej kwiatów - więcej muzyki czy też mniej muzyki i więcej kwiatów? Niebieski, różowy, zielony? 161,5 dnia. Niecałe pół roku. Jeszcze... Po (za)krótkich sześciu dniach spędzonych z Y. to już wielkie odliczanie. W tej chwili nie znoszę tego, że pan Einstein nie pomylił się ze swoją szczególną teorią względności. A może to trzydniowa gorączka utrzymująca się ciągle na poziomie 37,5-39 stopni Celsjusza robi ze mną te wszystkie dziwne rzeczy? Jednak choć czuję się, jakbym była oddzielona od monitora grubą przyciemnioną szybą, a myśli z wielkim trudem składają się w zdania to jasno widzę, co jest dla mnie teraz ważne w związku z tym jednym wielkim dniem. Najważniejszym.

Jestem szczęśliwą posiadaczką tradycyjnego
termometru. Dobra puenta, czyż nie? ;)

Tak. Pewnie kiedy już wyzdrowieję, dostrzegę powyższy chaos i natłok totalnych bzdur. Nie ukrywam, że byłoby miło, gdybym nie zaśmiała się głośno, czytając że ponoć doszłam do porozumienia ze sobą w pewnych kwestiach. ;) Za resztę powypisywanych głupot pewnie/może będę przepraszać później. ;)
Co u Was?

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Niespodzianki dla przyszłej panny młodej

Planowanie ślubu to czasami niezłe pole minowe. ;) Okazuje się, że nie miałam pojęcia o paru sprawach, mimo że portale ślubne wertuję co jakiś czas od bardzo dawna. Z tego względu postanowiłam zebrać na blogu niektóre fakty. Być może kiedyś któraś z Was dzięki temu nie zrobi wielkich oczu tak jak ja wybałuszałam swoje. Do lata jeszcze czas, więc pewnie jeszcze niejedno mnie zdziwi.

SUKNIA ŚLUBNA
zszywka.pl
Zaskoczyło mnie to, że sukni nie możemy zmierzyć same. Rzecz w tym, że koszt tych cudeniek to od tysiąca złotych (skromniejsze egzemplarze, wyprzedaże, szycie) przez średnią cenę sukien (z bieżących kolekcji) czyli trzy - cztery tysiące złotych i więcej. Pani w salonie ubiera klientki, abyśmy niczego nie rozdarły i nie pobrudziły makijażem. Poza tym każdy salon posiada swoją krawcową, która dopasuje nam naszą suknię ślubną tak, aby leżała idealnie. Suknie z salonu można zmniejszać i powiększać mniej więcej o dwa rozmiary w górę i w dół. W przypadku mojego salonu jeszcze na tydzień przed zostaną wprowadzone ostatnie poprawki, bo ponoć normą jest to, że tuż przed dniem 0 tyje się albo chudnie. Podobno każdy kilogram ma znaczenie, bo dobrze dopasowana suknia nie ma prawa zsunąć się z nas nawet o centymetr. No i, co ciekawe, można zostawić suknię w salonie, aby w domu nic się z nią nie stało. Przemiła właścicielka salonu, w którym sama kupiłam swoją opowiadała mi jak jednej z panien młodych suknia stęchła na strychu, a drugiej suknię pogryzły myszy. W końcu kiedy suknia jest dość obszerna to nie zawsze zmieści się w domowej szafie. I nie zawsze każdy chce ją tam wciskać na siłę.

REZERWACJE
www.blogweselny.pl
Wiecie, że jeśli chce się wziąć ślub latem trzeba niektóre sprawy załatwiać czasem DWA LATA przed? Tym bardziej jeśli to czerwiec albo sierpień. ;) My rezerwowaliśmy salę na półtora roku przed i wcale nie byliśmy pierwszymi chętnymi na nasz miesiąc. Większość osób ma wielkie oczekiwania związane z letnimi miesiącami z literką R w nazwie.

PROTOKÓŁ PRZEDŚLUBNY
www.slubi.pl
Niektórzy byli zdziwieni, że o tym nie wiedziałam, ale skąd mogłam mieć pojęcie, skoro nikt mi się tym nie chwalił. Każdego, kto planuje ślub kościelny czeka około czterdziestominutowe odpytywanie przez księdza o to, czy możemy mieć dzieci (ciekawe czy skierowania na badania w tym celu też ksiądz będzie niedługo wydawał), czy razem mieszkamy, czy nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni, czy w rodzinie nie ma chorób psychicznych, czy jesteśmy zaręczeni… Nasze odpowiedzi mają być udzielane oddzielnie i to co zostanie zapisane w protokole może być podstawą do unieważnienia małżeństwa lub braku zgody na rozwód kościelny w przyszłości. Relacje z przebiegu rozmowy są różne. Ciekawa jestem jak będzie w naszym przypadku.

Na koniec KOSZT
www.experto24.pl
Pierwsza niewinna, bardzo optymistyczna myśl jaka przyjdzie nam o tym ile byśmy chcieli wydać na ślub i przyjęcie zawsze będzie nieprawdziwa. ;p Koszty rosną i jeśli nie decydujemy się tylko na obiadokolację dla najbliższych, możemy być pewni, że statystycznego Polaka zasadniczo nie stać na taką imprezę. A jednak wesela wciąż się odbywają. My wyznajemy zasadę: samodzielnie czyli bez pomocy rodziców i bez kredytu. 


Jest tu jakaś przyszła panna młoda, która ma jakieś zupełnie inne spostrzeżenia związane z planowaniem ślubu? A może jest żona, która sama chętnie opowie o swoich przygodach i niespodziewanych sytuacjach? Z chęcią poczytam. :) Jeśli nie, to może macie jakieś pytania związane z tą tematyką? Czy coś co opisałam też Was zdziwiło? :)

P.S. Bardzo dziękuję za dyskusję pod poprzednim postem. Aż chce się wracać do blogowania, kiedy witacie mnie taką ilością obszernych komentarzy! Na większość odpowiadam u siebie. Obowiązkowo też wpadam do Was, aby sprawdzić, czy i Wy nie odpowiedzieliście na mój komentarz, który zostawiłam u Was. :)

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych!

Deszczowa wigilia jakiej dawno nie było. W kuchni prawie wszystko gotowe. Jak nigdy o tej porze. Tradycyjnie obsiadają mnie biedronki. Znów nie te polskie co kilka lat temu, które zawsze szukały schronienia na zimę w moim domu, a azjatyckie, na widok których się wzdrygam. Szkoda, że nie mówią ludzkim głosem, bo zastanawia mnie czy zadomowiły się już na tyle, że pozbyły się chińskiego, japońskiego lub koreańskiego akcentu. ;) Może byłby z nich pożytek i udzieliłyby lekcji języka Nipponu? Fizycznie brakuje w te święta jednej ważnej osoby. W dobie komputeryzacji i Internetu przynajmniej obecna jest wirtualnie. Mam jednak nadzieję, że tegoroczne święta bez Y. zaowocują najpiękniejszym letnim świętem w nadchodzącym roku. Mój list do Świętego Mikołaja ma w tym roku zupełnie inny charakter. …a byłam grzeczna w tym roku.


Kochani,
życzę Wam zdrowych, wesołych i rodzinnych świąt!



czwartek, 16 października 2014

Część I października w obiektywie

Prezent od Y. Bo żyrafki są najlepsze na świecie. ;)
Niemal tysiąc ukochanych stron.
Najlepsze...
Szaro-buro i ponuro.
Uchwycone w podróży.
Uchwycone w podróży II.
Ciastka dla Y.
Po sześciu latach wiernej posługi, czas na zasłużoną emeryturę...
Jedziemy!
Zakochałam się w tej witrynie...
Suknia wybrana. Ale to nie ta, jakby co! ;)
Adam, nasz Messi ustrzelił nam darmowe zakupy w Media Markt. ;)
Jenga. Nie miałam pojęcia, że tak wciąga. Umilała proces instalacji systemu operacyjnego. ;)
Czas umierać! Inochi zaczęła BIEGAĆ z aplikacją endomondo!
Spodni nie lubię, ale dwie nowe awaryjne pary muszą być.
Środek października, rajstop brak. ;)


wtorek, 2 września 2014

Było sobie lato

Im mniej mam obowiązków tym większy leń się wkrada. Też tak macie? Chyba lato już minęło. Tegoroczne nie było tak cudowne jak poprzednie, ale chyba mniej się starałam. Zwolniłam, bo było mniej sposobności, a i plany na kolejne są bardziej rozbudowane. Pochłoną sporo finansów. Utrzymać zaś oszczędności bez pracy jest dość ciężko. Toteż i trzeba było zadowolić się mniejszą ilością atrakcji. Nie było jednak tak, żeby zupełnie nic się nie działo. Było morze, był Y., były dziewczyny, kajaki, wypady na ryby, był pyromagic, Adam z A. (zaczynają się pojawiać problemy z nadawaniem skrótów – blogowe dylematy), a ponadto jestem bogatsza o chrześnicę. ;) A jak Wam minęły najpiękniejsze w moim mniemaniu, miesiące w roku?

Jest moc...
Na., Inochi. O.
Kajaki! ;)
Za niecały rok...

środa, 11 czerwca 2014

Dzieje się...

Jeśli są urodziny, to musi być też impreza. Tutaj wraz z O. Na. za aparatem :)
Ostatnie dni są tak intensywne, że nie mam czasu w zasadzie na nic. Zbliża się koniec roku akademickiego oraz szkolnego, trzeba się uczyć, wypisywać świadectwa i dyplomy… Jutro rano do pracy – a ja postanowiłam opisać parę spraw. Jeśli blog ma być chronologicznym spisem wspomnień, trzeba pamiętać o systematyczności, której jednak ostatnio mi brak.


Chciałabym podziękować Pani Agacie z bloga www.3zdania.blogspot.com. Tartaletki wyszły pyszne, dzieci świetnie bawiły się podczas ich przygotowania, nie wiem kiedy wszystkie tarty znikły ze stołu, gdy tylko zostały zaprezentowane komisji i można było przejść do degustacji.



Zaliczyłam wesele. Nie byłam na takiej imprezie wiele lat, ale jak się okazuje moje dziewięcioletnie spojrzenie na to wydarzenie niespecjalnie różni się od tego dwudziestotrzy-dwudziestoczteroletniego. Nie dla mnie takie imprezy. Przed oczepinami uciekałam gdzie pieprz rośnie, bo nie miałam ochoty tarzać się i turlać po parkiecie na komendę wodzireja.

Wesele

Poprawiny
Tak się zdarzyło, że akurat podczas wesela obchodziłam dwudzieste czwarte urodziny. Tego samego dnia urodziny miał też inny gość weselny, więc nie obyło się bez „stop lat” przy „a kto się w czerwcu urodził”.

Ostatnie dni znów pokazały mi jak wspaniali ludzie mnie otaczają. Wróciliśmy do domu dość wcześnie nie zostając na całych poprawinach. W domu Y. czekała na mnie niesamowita niespodzianka. Już od miesiąca w salonie leżał przykryty duży pakunek, do którego nie miałam dostępu. Już myślałam, że Y. zainspirowany podjęciem przeze mnie diety kupił mi coś w rodzaju rowerka stacjonarnego albo orbitreka… Zabiłabym, bo z diety już zrezygnowałam. ;) Okazało się jednak, że Y. znów zaskoczył mnie tym jak potrafi trafić w mój gust. Nigdy nie spodziewałabym się, że w tych kartonach znajduje się… teleskop. I jak tu się nie wzruszyć, kiedy na urodziny ktoś daje Ci wymarzony prezent z dzieciństwa? Robi wrażenie tym bardziej, kiedy ta druga osoba nigdy nie została poinformowana o tym, że zawsze marzyłaś o czymś takim…

Nie skończyło się na tym, bo kiedy wróciłam do domu, w pokoju czekał na mnie upominek od Na. i O. Dziewczyny dały mi błękitną podwiązkę – jestem więc w posiadaniu pierwszej części garderoby do ślubu – i moje ulubione zdjęcie, które przedstawia nas wszystkie. Nie zabrakło czegoś słodkiego i zabawnej kartki.


Swoją drogą moje urodziny trwały dość długo, bo choć były w sobotę, to w piątek w prezencie dziewczynka z mojej klasy wręczyła mi ręcznie uszyty uroczy podarunek, którym mnie absolutnie zaskoczyła i rozczuliła. W niedzielę wraz z Y. pojechaliśmy nad morze, a w poniedziałek D. podarowała mi śliczne srebrne kolczyki, zabrała na lody, a potem wieczór zagospodarowały mi Na. i O. No i jak tu powiedzieć, że życie nie jest cudowne, kiedy otaczają mnie tacy ludzie?

Prezenty od O. i Na.

Prezent od Mai - mojej uczennicy

Upominek od D.

Spacer z Na. i O.

O. za aparatem, Na. plecie wianek, a ja nie robię nic, bo kiedy zajęłabym się pleceniem, wystawałoby zbyt dużo badylków :D


Pierwszej i drugiej nocy warunki pogodowe pozwoliły jedynie na oglądanie Księżyca, ale wczoraj od razu trafiliśmy na Saturna - w ciemno, bo jeszcze nie studiuję dokładnie mapy nieba.