Dziś zapowiedziany gościnny wpis Adama, mojego brata bliźniaka. O tym jak spędziliśmy... a raczej jak on spędził poprzednią niedzielę. Ja siedziałam na trybunach... Oddaję bloga do jego dyspozycji. To do niego kierujcie swoje komentarze. Z chęcią na nie odpowie, zatem polecam wrócić. Zapraszam do lektury.
* * *
Łamanie
granic. Próba charakteru, walka z bólem. O tym jak z niewinnej idei rozwija się
cel, któremu można podporządkować dwa miesiące. Opowieść o przygotowaniach i
udziale w półmaratonie Gryfa.
 |
| Adam tuż przed startem... |
Wszystko
zaczęło się niewinnie. W maju ściągnięto
mi gips. Biegaj, chudnij! Koniec wymówek. Spokojne tempo, zacząłem od 5 km.
Towarzyszył mi chłopak Ewy. Chciałem osiągnąć barierę 10 km i biegać dla
zdrowia. Apetyt rośnie w miarę jedzenia,
kilometr za kilometrem. Tempo wzrastało. Y. zmienił biegi na siłownię, ja
zostałem. Dzień przełomowy, to dzień pokonania 12 km. Wtedy wiedziałem, że to
bilet w jedną stronę, że nie odpuszczę. Przebiegnę Półmaraton Gryfa 25
sierpnia. Dla niektórych bieganie jest przyjemnością, dla mnie bardzo to wątpliwe
jeśli chce się pokonywać granice. Średnią przyjemność osiąga się, gdy masz
przebiec 20 km, po 12 godzinach pracy o godzinie pierwszej w nocy i wstać o 7
rano. Raz nawet miałem okazję się odwodnić. Dodam, że po takim treningu nogi
bolą jak cholera. Stały pakiet. Krwawy pęcherz na stopie, lewe kolano, prawe biodro.
Pod sam koniec treningów w sierpniu doszła lewa stopa. Nagminny ból po prawej
stronie brzucha martwił mnie najbardziej. Jakże wielką radość sprawiło mi, gdy
zamiast prawego boku bolał lewy. Bolało dość mocno, a ja się cieszyłem, że
to jednak nie wyrostek.
Ze
względu na pracę biegałem po nocach. Znajomi pytali mnie „nie boisz się tak po
nocy biegać, przecież tyle patologii po tym mieście chodzi?”. Moja odpowiedź
była zawsze taka sama - przecież tę patologię to się zna, najbardziej boję się,
że nadepnę na jeża i skręcę nogę. Nawet nie wyobrażacie sobie ile ich biega po
mieście w nocy. Jednego nawet przypadkowo kopnąłem.
* * *
Jedni odbywają ostatnie chwile rozgrzewki. Drudzy w
skupieniu oczekują sygnału startera. Ktoś tam jeszcze pełen luzu żartuje: „Młody
zrób mi zdjęcie, bo to prawdopodobnie ostatnia chwila, gdy widzicie mnie w
pozycji stojącej” - zagaduje sąsiada obok i wręcza mu aparat. Daleko mi od luzu.
Raczej rozgrywka w głowie – dam rade czy umrę gdzieś na trasie.
 |
| Zawodnicy przygotowują się do startu |
Godzina
12:00 - wszyscy czekają na sygnał. Jedyne co słychać to szmer rozmów na stadionie
i niewyraźny lament spikera. Strzał! Start! Blisko 1400 biegaczy rusza. Stadion
szaleje, krzyki, brawa. Nie wiem czy to dla mnie ta wrzawa czy nie, ale mijam
ludzi, patrzę im w oczy, a oni się uśmiechają, krzyczą. Niesamowite uczucie.
Jesteś jednym z 1400 ludzi, a czujesz się tak jakby oni przyszli tu tylko dla
ciebie. Ciarki, miękkie nogi. Niesamowite uczucie. Możesz wszystko. Sky is the
limit!
 |
| Zaczęło się! |
Udziela
mi się atmosfera. Wspaniałe uczucie, które prowadzi do piekła. Biegnę tempem,
które jest za szybkie. W głowie pytanie „jak zamierzasz pokonać trasę tym
tempem w słońcu?". Próbuję zwolnić. Lipa. Nie da się zwolnić, gdy każdy cię
wyprzedza. Ambicja nie pozwala. Odruchowo trzymam tempo, które musi mnie zabić.
4 km za nami i czuję dystans w nogach – 17 km przede mną – niedobrze. Zwalniam
do tempa, które i tak nie jest dla mnie optymalne. Przy 9 km zastanawiam się
czy nie zrezygnować. No, ale jak spojrzeć w oczy znajomym skoro tyle mówiłem o
przygotowaniach? „Prędzej karetka mnie stąd zabierze niż nie dobiegnę”.
Banalny głupi tekst, ale znający mnie trochę bardziej wiedzą, że nie żartuję.
Jedenasty kilometr jest przełomowy…
 |
| Adam przebiega półmetek |
Dostałem na trasie połowę banana :D. 150 gramów zwyczajnego
biedronkowego banana, które ratuje ponad dwa miesiące treningu. Do szesnastego
kilometra biegnę spokojnie. Jest nieźle, siły wróciły, drugi oddech. Ostatnie 5
km to bieg na ambicji. Walka z samym sobą. Bez siły. Biegłem, bo wiedziałem, że
muszę ukończyć, że jeśli się tutaj zatrzymam to przez cały rok będę miał
wyrzuty sumienia. Mój pierwszy półmaraton nie może skończyć się rezygnacją.
Skręcona kostka, zasłabniecie to jakiś tam powód, ale nie brak siły. Z resztą
nie raz na treningu biegłem ostatnie kilometry na rezerwie, więc to nic nowego.
W zasadzie nic nowego, ale tam biegałem w nocy o 1:00, o 2:00. Pierwszy raz
tyle kilometrów w godzinach 12-14 przy pełnym słońcu. Mimo wszystko biegnę.
Ostatni podbieg. Kto mieszka w Szczecinie ten pewnie kojarzy to wzniesienie na Unii
Lubelskiej. „Szacunek Adam, że tam podbiegłeś, na kacu jak idę to się wku…am,
gdy musze pod nią podejść” – tyle komentarza kolegi po półmaratonie. Trasy nie
znam, więc pytam człowieka z ochrony – ile jeszcze? – mniej niż kilometr. Jest
dobrze. Wiem, że dobiegnę. Ostatnia prosta po ulicy. Słyszę szum stadionu. Wbiegam
na stadion, ostatnią prostą na bieżni pokonuję sprintem, mijam z dziesięć osób.
Przekraczam metę. Czas? Lipa. Ponad dwie godziny. Dokładnie 2:00:28. Miało być
poniżej 2 godzin. Niemniej jednak i tak jestem zadowolony. Za dużo błędów
popełniłem. Przez dwa dni spałem 10 godzin. Dzień wcześniej na konwencie spałem
na podłodze. Słabe jedzenie, no i oczywiście mądry chłopak ze mnie, więc
ubrałem się na czarno, gdy biegać trzeba było w południe. Za rok wracam tam, pobiję
1:35. Trzymajcie kciuki.
 |
| W tym roku medale dla biegaczy, którzy ukończyli trasę wyglądały właśnie tak |
 |
| Taki upominek Adaś dostał w pracy na kilka dni przed startem |
W tej
całej historii brak odpowiedzi „dlaczego biegałeś, skoro było ciężko?”.
Odpowiedz bardzo prosta – dla siebie. Przełamywanie swoich granic wiąże się z
niesamowitą satysfakcją. Mój osobisty sukces – przebiec półmaraton z astmą i
dyskopatią. :)
PS:
Kasiu, dzięki za permanentną motywację, trzymam kciuki za zdrowie i za rok
biegniemy razem. :)
________________________________
Wspieraj innych w ich postanowieniach