Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2015

Różności

Długo mnie nie było. Nie z racji braku motywacji do pisania, ale z takiego powodu, że wiele się działo. Ostatni post datowany jest na 1 maja. Minęło więc półtora miesiąca. Gdybym zapytała Was o to, jak sądzicie, gdzie udało mi się znaleźć pracę, to co byście odpowiedzieli?

a) w butiku jako ekspedientka
b) na poczcie jako pracownik ds. rozliczeń
c) w bawialni dla dzieci jako animatorka
d) w szkole podstawowej jako nauczyciel - wychowawca

A gdybym powiedziała, że jest jeszcze wariant "e", czyli "wszystkie odpowiedzi są prawdziwe"? To się właśnie wydarzyło. Przez kilka miesięcy nie mogłam znaleźć dosłownie nic, telefon milczał. Natomiast teraz? W ciągu tego czasu nie wiedziałam co robić. Najpierw przyszła oferta z poczty, ale lada chwila rezygnowałam z udziału w szkoleniach, bo opcja w butiku była finansowo bardziej opłacalna. Jednak po krótkim czasie okazało się, że przeszłam też pomyślnie żmudną selekcję jako animatorka i… już, już miałam zaczynać pracę, gdy nagle okazało się, że dostałam wymarzoną, wyśnioną, najlepszą na świecie pracę wpisującą się w mój zawód! Wysyłanie i składanie co jakiś czas po 80-100 listów motywacyjnych wraz z CV do szkół na terenie całego województwa przyniosło efekt. Dostać się naprawdę trudno, więc cieszę się, że moja próbna lekcja spodobała się pani dyrektor i że niedługo będę częścią grona pedagogicznego, a od września rozpocznę awans zawodowy. Nareszcie!

Ostatnie tygodnie to też czas załatwiania ślubnych formalności. Już dziś wspomnę, że informacje podawane przez znajomych o naukach przedmałżeńskich, poradni rodzinnej, protokole ślubnym, przymusie mierzenia sobie temperatury i rysowania wykresów w celu planowania rodziny i tym, że księża wyciągają pieniądze za dosłownie wszystko od parafian planujących ślub - w moim przypadku zahaczają o mity i legendy. Nic takiego nie miało miejsca, ale poświęcę temu inny post.

Czerwiec jest również czasem kiedy zmagam się z pracą magisterską. Stop. Nie zmagam się z pracą. Zmagam się ze słabej jakości kontaktem z promotorką. W systemie studiów zaocznych, kiedy na uczelni jest się raz na dwa/cztery tygodnie nieużywanie poczty elektronicznej przez promotora jest bardzo frustrujące. Ale nic to. Trzeba dać radę. Mam czas do 5 lipca. Wierzę, że ambitnie do końca tygodnia zamknę już wszystko i zostawię sobie czas na ostatnie małe korekty.

Na szczęście udało mi się też trochę odpocząć między metodologią, rozmowami kwalifikacyjnymi, prezentowaniem umiejętności zawodowych przed potencjalnymi pracodawcami i sprzedawaniem sukienek. Y. wrócił na chwilę. :) Było sobie morze z okazji osiągnięcia ćwierćwiecza...

Biegaliście kiedyś boso po plaży?
Tak się rozpędziłam, że nim się obejrzałam dobiegłam do innej miejscowości.
Urodzinowy sześciokilometrowy trening.

I bonus... Taka różnica.


środa, 1 kwietnia 2015

Z rozmiaru 42 do 34

Odliczając czas poświęcony na chorobę, biegam od ponad czterech miesięcy średnio co drugi dzień po 20-40 minut. Wyrzeczenia? Czekolada, batony, kebaby i cukier w herbacie. Żadnych innych, żadnych specjalnych diet, żadnego burczenia w brzuchu. Poza tym brak rezygnacji z normalnego domowego jedzenia. W niemal pięć miesięcy biedniejsza o cztery rozmiary, morze cellulitu i wstyd przy wkładaniu szortów. Bogatsza o lepsze samopoczucie. ;)

Tak jest...

...a tak było. Stan na początek grudnia czyli
już po około 40 dniach od pierwszego treningu.

Tyle dzieliło mnie od tego, aby...

...tabela prezentowała się w ten sposób. Być może zahaczyłam nawet o rozmiar 44.
Ciężko było mi znaleźć coś co odpowiada mniej więcej mojemu wzrostowi.
Zielony - stan obecny, czerwony - stan początkowy.

Edit. 4.04.2015, godz. 17:30
Dodaję jeszcze tabelę ze strony www.rozmiar.com/ubran.php.
Powyższa wprowadziła chaos z tego względu, że ją skróciłam, aby
uwzględniała jedynie mój niski wzrost. Tutaj mamy ogólną tabelę,
która nie uwzględnia wzrostu. W związku z tym wychodzi,
że zahaczam nawet o rozmiar 32. Co moim zdaniem absolutnie
mija się z prawdą. ;)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Moje motywacje

Kilkanaście dni temu pojawił się u mnie post na temat moich efektów w redukcji wagi. Jeśli ktoś przeoczył – zachęcam do przeczytania TUTAJ. Kilka godzin temu wróciłam z uczelni. Z koleżankami nie widziałam się od miesiąca i to pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu, że mój trening naprawdę działa. Dziewczyny zwróciły uwagę na to, że bardzo wyszczuplałam. To sprawiło, że postanowiłam napisać post o tym, co mnie motywuje. Rozmawiając z dziewczynami z mojego kierunku zauważyłam i usłyszałam, że wiele z nich nie czuje się dobrze ze sobą, ale nie potrafi też zrobić kroku naprzód. Nie wiem czy to, co napiszę sprawi, że ktoś nagle tę motywację odnajdzie. Jednak powiem, co mnie, poza coraz mniejszym obwodem bioder, pomaga wstawać z kanapy, wkładać buty i wybiegać w mróz, ulewę czy wichurę. I co sprawa, że się nie zniechęcam.

ENDOMONDO
Mój kalendarz z treningami w endomondo
Endomondo to aplikacja – cud. Pozwala za pomocą smartfona mierzyć odległość przebiegniętej trasy oraz czas w jaki ją pokonujemy. Sama zapamiętuje rekordy. Gdybym biegała bez endomondo, nie miałabym takiej motywacji, bo nie zwróciłabym uwagi na to, że po trzecim treningu mogę przebiec już o jeden kilometr dalej, a po czwartym – zrobić 200% poprzedniego treningu i zamiast trzech kilometrów, przebiec sześć. Wcześniej trening byłby dla mnie niepoliczalny. Mogłabym go oceniać tylko za pomocą czasu. Tutaj natomiast mogę pokonywać swoje własne „życiówki”: na kilometr, milę, 3 kilometry, 5 kilometrów, 10 kilometrów itp. Zaważyłam, że kiedy pierwszy raz pokonałam kilometr sprintem, czas wynosił około 6 minut i 49 sekund. Po trzech miesiącach biegam w 5 minut i 15 sekund. Ten pierwszy czas, który kończył się wycieńczeniem jest teraz tempem, który nie powoduje nawet zadyszki. WIDZĘ EFEKTY. To jest właśnie takie motywujące. Aby obsługiwać endomondo potrzebny jest smartfon z GPS-em. Nie może to być jednak jeden z pierwszych smartfonów, bo może okazać się za słaby. Aplikacja jest darmowa. Waszą mapką z przebiegniętą trasą można się podzielić ze znajomymi na facebooku. Poza tym oprócz biegania można wybrać jazdę na rowerze, rolkach, deskorolce i wiele innych.


WSPARCIE ZE STRONY BLISKICH
Miło, kiedy najbliżsi ludzie wspierają Cię w Twoim celu. Starszy z moich braci biega od zawsze. Drugi półtora roku temu przebiegł półmaraton (jeśli nie czytaliście, to jego dynamiczną relację możecie przeczytać TUTAJ, serdecznie polecam). Jednak mimo że akurat ja nigdy nie byłam biegaczką, nie usłyszałam od nich ani słowa krytyki na temat tego jak jestem słaba. Choć naprawdę jestem. ;) A uwierzcie, oboje mają cięty język. Nikt z rodziny też się ze mnie nie śmieje. Zamiast tego chwalą, że w ogóle się podjęłam, bo ich zdaniem każdy kto wstaje z kanapy po to, żeby pobiegać jest dobrym biegaczem. Kiedy słyszę dziwne komentarze? Gdy biegam samotnie koło grup nastolatków i ludzi w moim wieku. Nigdy od osób, które przechodzą samotnie i nigdy od ludzi inteligentnych – wnosząc po jakości komentarza. Co mnie jednak obchodzi opinia takich, w dodatku obcych mi ludzi?

FACEBOOK
Jedna z moich opublikowanych tras :)
Publikuję na facebooku to, co zarejestruje endomondo. Można to robić i bez aplikacji w inny sposób. I wiecie co? Nigdy nikt nie skrytykował mnie „Co tak wolno?”, „Szybciej się nie da?”, „Ale jesteś słaba!”. Dlaczego? Bo większość osób nie robi nic, a reszta wie ile Cię to kosztuje. Nie ręczę za Waszych znajomych, ale powiem Wam, że mnie moi na razie nie zawiedli. Komentarze są zawsze motywujące, lajki także. :) Poza tym publikacja czegoś sprawia, że czuję się w obowiązku być systematyczną. Mam parę najbliższych osób, które regularnie lajkują moje trasy. A ja lajkuję ich. Bo bieganie ZAWSZE lajkować trzeba. :)

KUP SOBIE DOBRE BUTY
Po pierwsze po to, aby nie bolały Cię stawy w nogach czy kręgosłup, a po drugie po to, żeby powiedzieć sobie: „skoro tyle kosztowały, to przecież muszę!”. ;) U mnie podziałało. ;)

ZACZNIJ BIEGAĆ Z KIMŚ
Jednak nie z taką osobą, która ma słomiany zapał i ma w zwyczaju bardzo szybko rezygnować ze wszystkiego, co trudne. Znajdź kogoś, kto zawsze miał silniejszą wolę od Ciebie. Może znasz kogoś kto biega od zawsze lub od dłuższego czasu? Będziesz wiedzieć, że nigdy Cię nie wystawi. Ja zaczęłam z Y. Teraz biegam już sama.

ZNAJDŹ SWOJĄ PORĘ DNIA
Wiele osób biega rano, bo uważa się, że wtedy po treningu są najlepsze efekty. Pewnie to prawda. Jednak słucham swojego organizmu. Nie mogę biegać rano, bo na czczo każdy mój mięsień podczas biegania krzyczy z bólu. Po śniadaniu, nawet lekkim, muszę odczekać trzy godziny. Dlatego biegam wieczorem. Jest to dla mnie najbardziej komfortowe.

CZAS PO POSIŁKU
Jedni po posiłku muszą odczekać półtora godziny, inni dwie, ja trzy. Tak jak wspominałam w poprzednim punkcie. Dlaczego? Ponieważ mój organizm przez tyle czasu skupia się na trawieniu. W związku z tym nawet jeśli odczekam dwie i pół godziny – pojawi się nawet kilka kolek jednocześnie. Wiadomo natomiast, że kiedy coś nas boli – nie ma mowy o komforcie.

ODPORNOŚĆ!
Rok w rok grypa była u mnie standardem. W tamtym roku byłam aktywna fizycznie i nie złapało mnie nawet zwykłe przeziębienie. W tym roku chorowali już wszyscy dookoła mnie, a ja się jeszcze nie załapałam. Naprawdę widzę poprawę. Mam nadzieję, że w związku z tym nie wykrakałam i nie poskładam się w kilka dni. ;) Odporność u osób aktywnych jest nieporównywalnie silniejsza.


Z mojej strony to chyba wszystko. Zastanawiam się co Was motywuje do ćwiczeń. Niekoniecznie do biegania. Także do każdej innej aktywności fizycznej. A może ktoś podzieli się tym, co go demotywuje i dlaczego nie może rozpocząć treningu? Chętnie poczytam co macie do powiedzenia, jakie macie doświadczenia itp. 

środa, 7 stycznia 2015

O bieganiu

Jak z największego przeciwnika biegania stałam się regularnie wybiegającą joggerką? Z dnia na dzień!

W tego rodzaju sporcie miałam dość sporą przerwę. Dwadzieścia cztery lata. Czyli całe życie. Z jakiego powodu postawiłam na tę dyscyplinę? Pomysł kiełkował w mojej głowie już w wakacje, ale zmotywowałam się dopiero kiedy obejrzałam się w różnego rodzaju sukniach ślubnych, a potem moją subiektywną opinię przypieczętowała jakże obiektywna waga. Dodatkowych sześć kilogramów. Przy moim dziecięcym wzroście to naprawdę sporo. Postanowiłam wtedy, że trzeba wrócić co najmniej do dawnej wagi i że trzeba to zrobić już, czyli kiedy dopiero zaczynam sama ze sobą czuć się źle. Wcześniej wypierałam to, że nadmiar ciała zaczął uwierać przy siadaniu. I że spódnicę trzeba zapinać w talii, a nie na wysokości bioder tak jak wcześniej.

Przydał się chłodny prysznic. Jak dobrze, że suknie poszłam mierzyć już na dziesięć miesięcy przed i że nie obudziłam się z tak zwaną ręką w nocniku uprzednio nieco zdziwiona z jakiego powodu ktoś kantuje przy drukowaniu rozmiarów na metkach. ;) Odrzuciłam myślenie, że nadmiar może sam magicznie zniknie tak jak się magicznie pojawił (tia). Mam dużą tendencję do tycia. Niestety Bóg poskąpił mi dobrej przemiany materii, ale dziwne byłoby, gdyby każdy dostał wszystkiego po równo. Przyjmuję to na klatę.

Jestem osobą, której w kwestii ćwiczeń ciężko zebrać się w sobie i zacząć robić coś, czego nie lubi. Jednak kiedy zaczynam – robię to porządnie. Dlatego też choć trzy pierwsze wybiegi liczące po dwa kilometry kończyły się tym, że ból w krtani był nie do zniesienia, żołądek wariował i miałam silne mdłości, to nie poddałam się i już podczas siódmego treningu przebiegłam dziesięć kilometrów. Nigdy nie sądziłam, że od braku odczuwania dyskomfortu podczas joggingu dzielą mnie trzy treningi. TYLKO TRZY TRENINGI liczące po 15-20 min. Myślałam, że będzie to o wiele dłuższy proces. Nie taki zatem diabeł straszny, i tak dalej. Owszem, mogłam to zrobić bardziej humanitarnie dla samej siebie i zacząć od marszobiegów, ale nie lubię takich podchodów.

Biegam regularnie - średnio co drugi dzień bez względu na pogodę i święta. Nie, już nie po dziesięć kilometrów. W zależności od aury po trzydzieści, czterdzieści lub pięćdziesiąt minut tempem, które nie powoduje u mnie zadyszki. Wychodzi czasami około pięć, innym razem siedem lub osiem kilometrów. Nie ma wymówek. Wynagradzam sobie to w ten sposób, że nie trzymam typowej diety. Unikam tylko słodyczy, tłustych przekąsek, bardzo tłustych potraw oraz nie słodzę herbaty. Tak naprawdę brakuje mi tylko tego ostatniego. 

Nie mam specjalnej półki ze zdrową żywnością, bo nie dojrzałam do tego. Typowo dietetyczne i wyselekcjonowane zdrowe jedzenie mi nie smakuje. Lubię białe pieczywo i ziemniaki. Nie będę wymieniać tego na ciemny, jak dla mnie zbyt kwaśny chleb i brązowy bezsmakowy ryż. Choć lubię warzywa, to zdecydowanie wolę banany i winogrona, które wybieram zamiast czekolady. Odmawiam sobie ukochanych kebabów. Jeśli zmiana ma być trwała, nie może być taka, której lepszość będę musiała sobie wmawiać. Może dojrzeję do tego kiedyś tak samo, jak dojrzałam do biegania. Sam jogging jest dla mnie ogromnym wyrzeczeniem. Nie powiem, że to lubię. Po prostu stało się to w miarę neutralne. Ważne, że są efekty.

Tak jak podczas trenowania fitnessu przez rok przytyłam cztery kilogramy i przez dwa miesiące nic nierobienia kolejne dwa, tak podczas biegania przez dwa miesiące statystyki wyglądają tak:


Czas: 2 miesiące
Waga: -4kg
Talia: -4cm
Biodra (w kościach biodrowych): -5,5cm
Biodra (w najszerszym miejscu): -7cm
Uda: -1,5cm
Ramiona: -1cm

Jest też zdjęcie sprzed,
ale chyba za bardzo się go wstydzę :D
Dlaczego to piszę? Bo może komuś odczaruję ten rodzaj aktywności, tak jak i mnie ktoś go odczarował. Biegacie? Lubicie biegać?

wtorek, 27 maja 2014

Na krawędzi świata

Można czasem usiąść na krawędzi świata

Poprzedni tydzień minął na zdobywaniu referencji. Zawsze obiecuję sobie, że będę to robić na bieżąco, a i tak ostatecznie zapominam. Tak czy owak – wysłane, oby się przydały… W sobotę wzięłam udział w moim pierwszym naukowym sympozjum. To oznacza, że publikacja tuż tuż. Mam nadzieję dotknąć okładki jeszcze przed nowym rokiem akademickim - trzymam za to kciuki. Udało mi się zaliczyć w jednym semestrze wszystkie praktyki studenckie, a co za tym idzie przyszły rok będzie niemal bezstresowy – zostanie tylko pisanie pracy magisterskiej. Temat znów mam przyjemny, tak jak w przypadku licencjatu, zatem będzie ciekawie. W niedzielę dostałam pierwszego kwiatka będąc w roli wychowawcy klasy – dwoje dzieci zaprosiło mnie na mszę komunijną. Poza tym przebrnęłam przez pierwszy klasowy Dzień Matki, podczas którego okazało się, że do mojej klasy chodzi chłopiec, z którego bratem chodziłam do klasy w gimnazjum. Mama już zapowiedziała, że na następne zebranie przyśle właśnie jego. :) Dzieje się dużo. Za chwilę uciekam do fitness clubu, bo mam godzinkę zajęć, a co u Was?
Ten spacer z O. nie zapowiadał tak ciekawego efektu na zdjęciach

czwartek, 10 kwietnia 2014

Aktualności :)

Ustalone, 8 sierpnia 2015 roku wkładam białą suknię, mówię „tak” i żyję długo i szczęśliwie. ;) Wystarczyło rzucić datą, aby niektóre osoby już zaczęły kręcić nosem na pomysły weselne do tego stopnia, że zastanawiam się kto tu tak naprawdę ma brać ślub. To ciekawe jak niezwykle łatwo wtrącać się ludziom, którzy wszem i wobec ogłaszają, że sami nie lubią wtrącania w nieswoje sprawy. Póki co biorę głęboki wdech i się nie przejmuję, bo i po co.  Ale im bliżej terminu, tym pewnie będzie gorzej. To prawda, że wesele jest dla gości, a nie dla młodych, ale i tak pewnie wszystkim się nie dogodzi. Zatem póki co tylko sobie głośno myślę.

Y. dostał kilka dni temu propozycję walki na gali MMA, która w sobotę będzie emitowana na kanale orange sport. Sama nie wiem czy chciał wziąć udział, ale tak się złożyło, że obecnie jest na L4. W związku z tym nie ma takiej opcji, aby podjął się wyzwania. Do tej pory nie mogę go rozgryźć, bo wcześniej nigdy nie wspominał, że chciałby brać udział w podobnym wydarzeniu, a tu nagle pojawiła się propozycja po treningu, na którym go podejrzano. Y. wydaje się w ogóle nie nakręcać z tego powodu, kiedy ja zawsze sądziłam, że jest to jakieś wartościowe doświadczenie dla kogoś kto trenuje sztuki albo system walki. Tak czy owak chyba jednak bardziej cieszę się z tego, że termin walki pokrył się ze zwolnieniem lekarskim, bo choć pewnie stałabym pod oktagonem, walki bym nie obejrzała.

W poniedziałek O. miała urodziny, ale jako że wraz z Na. nie mogłybyśmy tego dnia znaleźć czasu, przygotowałyśmy niespodziankę na dzień poprzedzający urodziny. Przygotowałyśmy prezent składający się z kilku przedmiotów nawiązujących do naszych wspomnień i udałyśmy się do domu O., która nie spodziewała się nas do tego stopnia, że… spała. Udało się! Uśmiech na twarzy wywołany, a zatem misja ukończona z wynikiem pozytywnym.

Ostatnio skręciłam kostkę kiedy wysiadałam z busa. Przez ponad tydzień nie byłam na fitnessie. Jutro zamierzam podjąć się poprowadzenia jednej godziny, ale szczerze – nie wiem co z tego wyjdzie, bo noga wciąż nie jest do końca sprawna i nie czuję się stabilnie. Przydarzyły się Wam kiedyś lekkie albo średnie skręcenia ? Długo je leczyliście?

Nie puścimy rąk! (O., Inochi i ręka Na.:)

Inochi, O., Na.

piątek, 14 marca 2014

Nowe doświadczenia

Nigdy nie wiadomo co przyniesie los… W wakacje składałam aplikacje – oczywiście nastawiłam się na to, że może nie być odzewu, ale… od tygodnia zasilam grono pedagogiczne. Pracuję tylko na zastępstwo za wychowawcę klasy 2b. W teorii zatrudnienie potrwa do końca kwietnia. Ale, jak usłyszałam w pokoju nauczycielskim, będę miała niezłą zaprawę, bo praktyki w szkole nijak mają się do prawdziwej pracy. To prawda, ale jest bardzo pozytywnie! No i będzie w zanadrzu jakieś doświadczenie. Oczywiście z fitnessu nie rezygnuję, ale przez to w zasadzie nie mam prawie czasu dla siebie w tygodniu. Teraz mam przynajmniej wolny weekend, bo nie mam zjazdu na uczelni. Jednak od poniedziałku zacznie się kierat do takiego stopnia, że za dwa tygodnie o tej porze nie będę pewnie wiedzieć jak się nazywam. :) Przypomnijcie mi, jakby co. I trzymajcie kciuki.

wtorek, 31 grudnia 2013

Każdy nowy rok jest szansą...

Każdy nowy rok jest szansą by coś zacząć na nowo. Podobnie jak każdy miesiąc, każdy dzień, każda godzina, sekunda. Każda chwila. Tylko gdy zmienia się ta ostatnia cyfra przy pełnej dacie... Jest jakoś łatwiej. Łatwiej wziąć za siebie.

Nie będzie kreatywnie, bo również jak wielu innych blogerów postanowiłam dzisiaj dodać podsumowanie ostatnich 365 dni. Uważam to za bardzo istotną rzecz, gdy blog ma mi służyć do tego, by mile wspominać przeszłość.

Zatem do rzeczy. Trzynastka ponoć jest pechowa – raczej nie dla mnie. Rok 2013 rozpoczął się praktykami w szkole podstawowej, które okazały się naprawdę wspaniałe. Klasę drugą „a” zawsze będę bardzo miło wspominać – świetne dzieciaki. Potem przyszedł czas na dokładniejsze zajęcie się pracą licencjacką. Na spokojnie, bez spinania się – tworzenie licencjatu dla mnie było sama przyjemnością. Inaczej było przy obronie, bo nerwowo, ale i tak do przodu. Wyróżnienie ze względu na temat i wnioski, a potem propozycja publikacji – to sprawiło, że (jak mawia Adam) trzeba było otworzyć okno, bo moje ego nie mieściło się w sali. Zdążyłam odkryć zumbę i zakochać się niej, kiedy wcześniej nie znosiłam sportu. Zakończyłam jedną pracę, źle ulokowałam się w kolejnej, ale z końcem roku pojawiła się następna, która jest owocem sympatii do fitnessu. Udało się spotkać z J. - blogerką ze Szkocji oraz wziąć czynny udział w charytatywnym pikniku. Wiosną miało miejsce bardzo ważne wydarzenie – zostałam świadkiem na ślubie starszego brata, a potem po raz pierwszy ciocią – zdanie na temat niemowląt zmieniłam diametralnie. Rozumiem już co dokładnie znaczą słowa Janusza Korczaka: „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Latem udało się wreszcie gdzieś wyjechać. Z Warszawy wycisnęłam zatem wszystko, co chciałam. Zwłaszcza te wakacje były niesamowite dzięki Y., Adamowi, O. i Na.: było morze, była jakże wyczekiwana czwarta edycja KoneConu, były rowerki wodne, łódki, wypady za miasto i nieschodzący z twarzy uśmiech. Po wakacjach przyszedł czas na rozpoczęcie studiów magisterskich, a dzięki wynikom w nauce nie muszę się przejmować w tym roku za co opłacę czesne, bo moje stypendium rektora pokrywa całość. Czy nie warto się starać? Oczywiście, że warto!

Czy wydarzyło się coś niefajnego? Oczywiście, że tak, ale czy warto zaprzątać sobie tym głowę w ten piękny wieczór? Mam nadzieję, że Wasz rok był równie udany jak mój. Napiszcie co dobrego się wydarzyło u Was. Liczę, że 2014 przyniesie wiele nowych niespodzianek, oczywiście w szczególności tych miłych. W ostatni dzień 2013 roku życzę Wam mnóstwo radosnych chwil, spełnienia marzeń i tego, aby obok Was zawsze był ktoś komu na Was zależy. Szczęśliwego, Kochani!


Zdjęcie, które zrobił mi Y. podczas wakacji na
The Tall Ships Races 2013, ale jakże pasuje do okazji
________________________________

Jeśli zmienisz punkt widzenia, bardzo szybko możesz dojść do wniosku, że Twoje życie wcale nie jest nudne, wiesz?

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

niedziela, 22 grudnia 2013

Nowa praca

Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że w 2013 zostanę instruktorką fitnessu, pewnie bym go wyśmiała. Nie chodzi o „nigdy nie mów nigdy”, ale o brak przygotowania fizycznego. A jednak tak się złożyło, że w listopadzie odpowiedziałam na ogłoszenie o pracę, które dotyczyło dziewczyn pasjonujących się fitnessem typu dance, zumbą itp. Swoją przygodę z tym rodzajem sportu rozpoczęłam chyba w marcu tego roku, polubiłam i dobrze się w nim czuję. Dlatego też zgłosiłam się w akcie desperacji spowodowanej bezskutecznym poszukiwaniem pracy od września. Tym sposobem znalazłam się na rozmowie kwalifikacyjnej, podczas której zostałam poproszona o krótką improwizację mającą na celu zaprezentować moje poczucie rytmu, umiejętność poruszania się itp. Wydarzenie to spowodowało, że od kilkunastu dni prowadzę treningi i… jest super! Nie spodziewałam się, że z łóżkowego pismaka wyląduje na sali treningowej, ale… nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. A powiem Wam w tajemnicy, że o nową pracę poprosiłam Świętego Mikołaja. ;) Ktoś jeszcze ma wątpliwości, że on istnieje? Jeśli tak, warto zweryfikować swoją wiarę. Do 24-go jest jeszcze czas. :)

________________________________

Chwytaj się różnych możliwości i nie bój się wyzwań

Jeśli chcesz,
polub na Facebooku

poniedziałek, 2 września 2013

Półmaraton Gryfa

Dziś zapowiedziany gościnny wpis Adama, mojego brata bliźniaka. O tym jak spędziliśmy... a raczej jak on spędził poprzednią niedzielę. Ja siedziałam na trybunach... Oddaję bloga do jego dyspozycji. To do niego kierujcie swoje komentarze. Z chęcią na nie odpowie, zatem polecam wrócić. Zapraszam do lektury.


* * *
Łamanie granic. Próba charakteru, walka z bólem. O tym jak z niewinnej idei rozwija się cel, któremu można podporządkować dwa miesiące. Opowieść o przygotowaniach i udziale w półmaratonie Gryfa. 

Adam tuż przed startem...
Wszystko zaczęło się niewinnie.  W maju ściągnięto mi gips. Biegaj, chudnij! Koniec wymówek. Spokojne tempo, zacząłem od 5 km. Towarzyszył mi chłopak Ewy. Chciałem osiągnąć barierę 10 km i biegać dla zdrowia.  Apetyt rośnie w miarę jedzenia, kilometr za kilometrem. Tempo wzrastało. Y. zmienił biegi na siłownię, ja zostałem. Dzień przełomowy, to dzień pokonania 12 km. Wtedy wiedziałem, że to bilet w jedną stronę, że nie odpuszczę. Przebiegnę Półmaraton Gryfa 25 sierpnia. Dla niektórych bieganie jest przyjemnością, dla mnie bardzo to wątpliwe jeśli chce się pokonywać granice. Średnią przyjemność osiąga się, gdy masz przebiec 20 km, po 12 godzinach pracy o godzinie pierwszej w nocy i wstać o 7 rano. Raz nawet miałem okazję się odwodnić. Dodam, że po takim treningu nogi bolą jak cholera. Stały pakiet. Krwawy pęcherz na stopie, lewe kolano, prawe biodro. Pod sam koniec treningów w sierpniu doszła lewa stopa. Nagminny ból po prawej stronie brzucha martwił mnie najbardziej. Jakże wielką radość sprawiło mi, gdy zamiast prawego boku bolał lewy. Bolało dość mocno, a ja się cieszyłem, że to jednak nie wyrostek. 

Ze względu na pracę biegałem po nocach. Znajomi pytali mnie „nie boisz się tak po nocy biegać, przecież tyle patologii po tym mieście chodzi?”. Moja odpowiedź była zawsze taka sama - przecież tę patologię to się zna, najbardziej boję się, że nadepnę na jeża i skręcę nogę. Nawet nie wyobrażacie sobie ile ich biega po mieście w nocy. Jednego nawet przypadkowo kopnąłem.

* * *

Jedni odbywają ostatnie chwile rozgrzewki. Drudzy w skupieniu oczekują sygnału startera. Ktoś tam jeszcze pełen luzu żartuje: „Młody zrób mi zdjęcie, bo to prawdopodobnie ostatnia chwila, gdy widzicie mnie w pozycji stojącej” - zagaduje sąsiada obok i wręcza mu aparat. Daleko mi od luzu. Raczej rozgrywka w głowie – dam rade czy umrę gdzieś na trasie.


Zawodnicy przygotowują się do startu

Godzina 12:00 - wszyscy czekają na sygnał. Jedyne co słychać to szmer rozmów na stadionie i niewyraźny lament spikera. Strzał! Start! Blisko 1400 biegaczy rusza. Stadion szaleje, krzyki, brawa. Nie wiem czy to dla mnie ta wrzawa czy nie, ale mijam ludzi, patrzę im w oczy, a oni się uśmiechają, krzyczą. Niesamowite uczucie. Jesteś jednym z 1400 ludzi, a czujesz się tak jakby oni przyszli tu tylko dla ciebie. Ciarki, miękkie nogi. Niesamowite uczucie. Możesz wszystko. Sky is the limit! 


Zaczęło się!
Udziela mi się atmosfera. Wspaniałe uczucie, które prowadzi do piekła. Biegnę tempem, które jest za szybkie. W głowie pytanie „jak zamierzasz pokonać trasę tym tempem w słońcu?". Próbuję zwolnić. Lipa. Nie da się zwolnić, gdy każdy cię wyprzedza. Ambicja nie pozwala. Odruchowo trzymam tempo, które musi mnie zabić. 4 km za nami i czuję dystans w nogach – 17 km przede mną – niedobrze. Zwalniam do tempa, które i tak nie jest dla mnie optymalne. Przy 9 km zastanawiam się czy nie zrezygnować. No, ale jak spojrzeć w oczy znajomym skoro tyle mówiłem o przygotowaniach? „Prędzej karetka mnie stąd zabierze niż nie dobiegnę”. Banalny głupi tekst, ale znający mnie trochę bardziej wiedzą, że nie żartuję. Jedenasty kilometr jest przełomowy… 


Adam przebiega półmetek

Dostałem na trasie połowę banana :D. 150 gramów zwyczajnego biedronkowego banana, które ratuje ponad dwa miesiące treningu. Do szesnastego kilometra biegnę spokojnie. Jest nieźle, siły wróciły, drugi oddech. Ostatnie 5 km to bieg na ambicji. Walka z samym sobą. Bez siły. Biegłem, bo wiedziałem, że muszę ukończyć, że jeśli się tutaj zatrzymam to przez cały rok będę miał wyrzuty sumienia. Mój pierwszy półmaraton nie może skończyć się rezygnacją. Skręcona kostka, zasłabniecie to jakiś tam powód, ale nie brak siły. Z resztą nie raz na treningu biegłem ostatnie kilometry na rezerwie, więc to nic nowego. W zasadzie nic nowego, ale tam biegałem w nocy o 1:00, o 2:00. Pierwszy raz tyle kilometrów w godzinach 12-14 przy pełnym słońcu. Mimo wszystko biegnę. Ostatni podbieg. Kto mieszka w Szczecinie ten pewnie kojarzy to wzniesienie na Unii Lubelskiej. „Szacunek Adam, że tam podbiegłeś, na kacu jak idę to się wku…am, gdy musze pod nią podejść” – tyle komentarza kolegi po półmaratonie. Trasy nie znam, więc pytam człowieka z ochrony – ile jeszcze? – mniej niż kilometr. Jest dobrze. Wiem, że dobiegnę. Ostatnia prosta po ulicy. Słyszę szum stadionu. Wbiegam na stadion, ostatnią prostą na bieżni pokonuję sprintem, mijam z dziesięć osób. Przekraczam metę. Czas? Lipa. Ponad dwie godziny. Dokładnie 2:00:28. Miało być poniżej 2 godzin. Niemniej jednak i tak jestem zadowolony. Za dużo błędów popełniłem. Przez dwa dni spałem 10 godzin. Dzień wcześniej na konwencie spałem na podłodze. Słabe jedzenie, no i oczywiście mądry chłopak ze mnie, więc ubrałem się na czarno, gdy biegać trzeba było w południe. Za rok wracam tam, pobiję 1:35. Trzymajcie kciuki.

W tym roku medale dla biegaczy, którzy ukończyli trasę wyglądały właśnie tak

Taki upominek Adaś dostał w pracy na kilka dni przed startem
W tej całej historii brak odpowiedzi „dlaczego biegałeś, skoro było ciężko?”. Odpowiedz bardzo prosta – dla siebie. Przełamywanie swoich granic wiąże się z niesamowitą satysfakcją. Mój osobisty sukces – przebiec półmaraton z astmą i dyskopatią. :)

PS: Kasiu, dzięki za permanentną motywację, trzymam kciuki za zdrowie i za rok biegniemy razem. :)

________________________________

Wspieraj innych w ich postanowieniach

Jeśli chcesz,
polub na FACEBOOK'u

środa, 7 sierpnia 2013

The Tall Ships Races 2013... i dzik!

Tak zatłoczonego Szczecina moje oczy jeszcze nie widziały. Miałam okazję pojawić się na The Tall Ships Races 2013 czyli na finale regat wielkich żaglowców. Do miasta przybyło 3200 żeglarzy z 36 krajów. Ulice były absolutnie zapełnione. Podobno w całej imprezie wzięło udział około 2,7 mln ludzi. To prawie 7 razy więcej niż liczba mieszkańców tego miasta. Kiedy tłum wylał się na jezdnię przy zielonym świetle dla pieszych, w zasadzie choć już od jakiegoś czasu świeciło światło czerwone, zewsząd wciąż nadciągały tłumy i nie dało się przejechać. Gdzieniegdzie to tu, to tam przebijały się marynarskie mundury. Uliczki przy Wałach Chrobrego, czyli w miejscu, w którym żaglowce można było podziwiać, wyglądały wspaniale dzięki porozstawianym na poboczach jezdni straganom. Wrażenie robiło również wesołe miasteczko. Dookoła unosił się zapach zapiekanek, a rozbłyskiwały nie tylko zabawne opaski na głowach dzieci, ale również fajerwerki na niebie. Same żaglowce prezentowały się niezwykle majestatycznie i robiły piorunujące wrażenie. W Szczecinie zacumowało ich aż 91. Ktoś z Was był?

Takie imprezy według mnie naprawdę posiadają niesamowity klimat. W zasadzie miałam się tam nie wybierać. Trafiłam tam przez przypadek, bo Y. postanowił zabrać mnie tego wieczoru do kina. Nie pytałam go o to, ale coś tam przebąkiwałam, że może fajnie byłoby zobaczyć co się dzieje w stolicy województwa i pewnie dlatego do kina zabrał mnie akurat tego dnia, a nie parę dni wcześniej lub za tydzień. Nie zabrakło atrakcji, bo kiedy wracaliśmy nocą zdążyliśmy rąbnąć samochodem w ogromnego dzika. Nie spodziewaliśmy się go idącego od lewej strony na ekspresówce. Nie mogliśmy zobaczyć go też wcześniej, bo wymijał nas lewym pasem inny samochód, który bardzo gwałtownie skręcił w prawo zapewne z powodu zwierzęcia. Dzik musiał dojść do barierki oddzielającej pasy jezdni i postanowił zawrócić. Nie jechaliśmy wcale szybko właśnie z uwagi na leśną zwierzynę, która pojawiała się na poboczu. Nie mieliśmy dużo czasu, ale Y. zdążył zareagować. Dzięki temu okazało się, że zgubiliśmy tylko kołpak i uszkodzona została lampa, choć huk jaki dało się słyszeć sprawił, że sądziłam, iż na drzwiach raczej przywita nas ogromna plama krwi. Znam jednak opowieści znajomych o potrąconych dzikach: potrafią skasować auto i jeszcze pobiec dalej w lasek, jakby nigdy nic.

________________________________


Poznawaj nowe wydarzenia

Jeśli chcesz, polub
na FACEBOOK'u

poniedziałek, 6 maja 2013

Nie lubię sportu, ale...

Gimnastyka daje mi dużo zabawy

Zasadniczo za sportem nie przepadam. Raczej kojarzy mi się z rywalizacją, której nie znoszę, uczuciem ciężkości w klatce piersiowej i suchością w gardle. Nie, to nie dla mnie. 

Najbardziej znienawidziłam gry zespołowe, kiedy w szkole podstawowej na każdej lekcji WF grałyśmy w koszykówkę. No żeby chociaż na zmianę jakaś piłka nożna była (a tę bardzo lubiłam!). Albo siatkówka. Ale nie. Dwutakt mam opanowany do perfekcji, a po trzech latach do kosza wrzucałyśmy już piłkę nawet tyłem… W efekcie przestałam lubić zespołową rywalizację.

Jednak mimo „traumy” wychodzę z założenia, że każdy może znaleźć taką dyscyplinę, która daje mu choć odrobinę zabawy. W końcu nawet niewielka dawka ruchu jest lepsza niż żadna. U mnie do tego rodzaju ćwiczeń należy na przykład gimnastyka. Niestety tej na W-Fie było naprawdę niewiele, czasem przez cały rok w ogóle albo raz na dwa lata ni stąd ni zowąd wyskoczono tylko z testem na gibkość, bez żadnej rozgrzewki, żadnych przygotowań i koniec. Jedynie w gimnazjum, kiedy WF miałam z kobietą, wtedy coś tam faktycznie się działo. Tworzyłyśmy nawet układy gimnastyczne. W szkole średniej sama dzięki zwolnieniu z biegów (po lekkim wypadku) mogłam wyginać się na siłowni ile wlezie. Rzecz w tym, że miałam zajęcia wychowania fizycznego z jedną koleżanką – Na. i dwudziestoma sześcioma chłopcami. Choć nam tego nie powiedziano, naturalne było, że im przeszkadzałyśmy, zatem często byłyśmy odsyłane właśnie do owej siłowni. To wtedy miałam najlepszą formę. Choć właśnie wtedy posiadałam też zupełnie legalne zwolnienie z biegów – naciągnęłam je, przyznaję, też na ćwiczenia siłowe, bo przecież po co robić to czego się nie lubi i tracić czas, kiedy można porobić coś co jest dla mnie fajne? ;) Trzy razy w tygodniu miałam 45 minut na to co przynajmniej mnie nie drażni. 

Wyginałam się w każdą stronę, a na świadectwie w drugiej klasie miałam ledwo dostateczny. Swoją drogą to zabawne, że gość, który umie grać w piłkę nożną, a ledwo dotknie dłońmi kolan ma piątkę, a moje ponadprogramowe umiejętności w jednej dziedzinie się nie liczyły. Żeby tak chociaż o jedną ocenkę w górę z tej okazji. Jednak nie. To nigdy nie zostało docenione, poza pytaniem "Tańczysz w balecie?". Nigdy nie prosiłam się jednak o oceny. 

Swoją drogą ocenianie nas (czyli mnie i Na.) nie było do końca sprawiedliwe. Przykład? Pewnego razu postawiono przede mną i Na. skrzynię do przeskoczenia, która w zasadzie była naszego wzrostu (mój wzrost to 155 cm, Na. jakieś 158). Nie chciało się opuszczać pułapu dla dwóch dziewczyn, przecież ćwiczyłyśmy z chłopakami. :D I tak w zasadzie na każdym sprawdzianie. Zazdrościłam ludziom, którzy lubili te szkolne ćwiczenia, jednak dla mnie niewiele z nich było atrakcyjnych. Niektóre testy były ciekawe, ale sprawdzian z rzutu do bramki w piłce ręcznej, kiedy w życiu w nią nie grałam i nawet nie znam reguł? 

Zasadniczo wołano nas tylko na sprawdziany. W siłowni Na. miała "pakować" - swoją drogą byłaby niezłym koksem, gdyby również nie ściemniała. Ja zaś miałam za zadanie organizować sobie czas w sposób, w jaki mogę ćwiczyć. Wolę sama sobie być trenerem. ;)







________________________________

Poszukaj ulubionej dyscypliny sportowej!

Zapraszam do polubienia:
>>FACEBOOK<<

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Na rybki!


Ostatnio, choć miałam dość sporo zajęć dotyczących studiów i pracy, postanowiłam wybrać się dwa razy na ryby: najpierw z chłopakiem, potem z nim, jego bratem oraz kolegą. Tak dla relaksu. Oba wypady okazały się naprawdę udane. Choć drugiego dnia nieco zmarzliśmy, bo pogoda diametralnie się zmieniła (miałam na sobie wtedy dwie pary skarpetek, rajstopy i spodnie oraz dwie bluzy pod kurtką!), to jednak rybki brały i wszyscy dobrze się bawili. Tak, należę do tego typu "wędkarzy", którzy cieszą się z brań, a niekoniecznie z wagi i gatunku złowionej ryby. Choć nie powiem, zeszłoroczny szczupak bardzo mnie ucieszył, a zerwany tuż przy brzegu karp dał sporo zabawy podczas próby jego doholowania. ;) Nie, zapalonym wędkarzem nie jestem, ale nieraz, rekreacyjnie, z chęcią wybiorę się nad jeziorko. Zdjęć ryb nie zamieszczam, bo do fotogenicznych nie należą, niektórych nawet brzydzą.



Otóż nad wodą, przynajmniej mnie, apetyt bardzo dopisuje -
- jeść zawsze mogę, bo od zdejmowania ryb z haczyka zazwyczaj mam ludzi. ;)
Jedna puszka kukurydzy dla rybek, jedna dla mnie.


  
Tia... Skupienie uwagi na spławiku nie zawsze mi wychodzi. ;)
Taka niespodzianka... Zamiast ryby, raczek.
Oczywiście wrócił do wody.
Akcja pt. "Zejść z kładki".


Powrót "na baranie" z Y. ;)
 ________________________________  

 Rób to, co Cię odpręża!

piątek, 22 lutego 2013

Zimowo




Dopiero uczę się jeździć na łyżwach, ale zdecydowanie jestem nastawiona pozytywnie. Co prawda nie miałam większego problemu z równowagą, ale jeszcze nie czuję się zbyt stabilnie.

Łyżwy zakupiłam w tamtym roku pod koniec sezonu, ale zanim się obejrzałam, nadeszła wiosna. Swoją drogą jeśli się zastanawiacie, polecam przed zakupem łyżew sprawdzić czy lepiej Wam się jeździ w hokejówkach czy też w figurówkach. Kiedy pomyślałam o zakupie łyżew, chciałam mieć te śliczne, słodkie, najlepiej różowe albo wrzosowe uroczo wyprofilowane łyżwy do jazdy figurowej, a co! No bo niby w jaki sposób wykonywać skoki z „trupem” jeśli nie w takich? Jednak po sprawdzeniu obu modeli odwidziało mi się. Kiedy kupowałam swoje, według ekspedientki byłam drugą dziewczyną, która w ogóle wybrała łyżwy do hokeja (a przecież było już po sezonie). Zazwyczaj hokejówki uchodzą za trudniejsze do jazdy i przede wszystkim przeznaczone dla facetów. Jednak kiedy wypożyczyłam łyżwy figurowe przed moim zakupem, nie miałam w trakcie jazdy na nich żadnej zabawy: nie potrafiłam się rozpędzić i przeszkadzały mi ząbki z przodu. Doszłam do wniosku, że ze mnie i tak sportowiec tylko w wersji rekreacyjnej, zatem moja kariera łyżwiarki się nie zawali z powodu wybrania innego modelu. W tym roku nie miałam zbytniej okazji pojeździć, ponieważ dość dużo chorowałam i w sumie znów zebrałam się pod koniec zimy. Swoją drogą miałam jeździć z Y., ale trudno jest dla niego znaleźć odpowiednie łyżwy.  Domyślacie się natomiast pewnie, że samotnie to średnia zabawa - na lodowisku prawie same dzieci...

Większość z Was chyba nie przepada za zimą, prawda? Jeśli o mnie chodzi: odrywam się całkowicie od stereotypu narzekającego na pogodę i pory roku Polaka. Jest zima? Niech będzie! 

Jeździcie na łyżwach? Lubicie? Który model preferujecie?
P.S. To jedna z tych chwil, kiedy można mnie zobaczyć w spodniach. ;)


________________________________ 


 Baw się!